poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Witajcie. Chciałam życzyć wszystkim wesołyh i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, wspaniałych pierogów i mnóstwa prezentów. niech przyniesie je wam św. Mikołaj czy ktoś inny i niech będą takie o jakich marzyliście. Życzę wam weny, mnóstwa odwiedzin, wspaniałych pomysłów i miłych komentarzy!

Nie wiem czy zdołam dodać jeszcze w tym roku notkę, bo po jutrze wyjeżdżam. Życzę więc od razu Szczęśliwego Nowego Roku! Najprawdopodobniej widzimy się dopiero w styczniu. Niestety.

Jeszcze raz wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku życzy wam
Hermiona :D

P.S. Zapraszam na podstronkę O autorce. Możecie tam zadawać mi różne pytania i się czegoś o mnie dowiedzieć

czwartek, 13 grudnia 2012

ROZDZIAŁ 20

Przepraszam za opóźnienie, ale nie miałam zbytnio czasu i możliwości do napisania tego.
_____________________________

Kiedy tylko transmutacja się skończyła, pospiesznie opuściłam klasę. Wręcz z niej wybiegłam.
-Hermiono! –usłyszałam za sobą czyjś krzyk. Odwróciłam się, a pierwsze co zobaczyłam to ruda czupryna.
-Hermiono, czego od ciebie chciał Malfoy? Wtedy na lekcji? –spytał Fred, patrząc na mnie. Na jego twarzy widać było zazdrość. Przez chwilę milczałam, nie wiedząc czy powiedzieć mu prawdę czy też skłamać. W końcu zdecydowałam się na to drugą opcję.
-Wkurzyć mnie chciał –powiedziałam wzburzonym głosem, udają, że powstrzymuję się od wybuchu. –I mu się cholera udało!
To ostatnie zdanie wykrzyczałam na cały korytarz. Udawałam zezłoszczoną i chyba całkiem nieźle mi to szło. Fred tylko na mnie spojrzał swoimi zielonymi oczami. Po chwili podszedł do mnie i mocno przytulił.
-Wierzę ci –powiedział z ufnością, a ja poczułam wstyd, że go okłamuję. Tylko zacisnęłam zęby. Nie chciałam, żeby niepotrzebnie się denerwował.
-Przyjdziesz dzisiaj na mój trening? –spytał Fred po chwili milczenia.
-Przyjdę –odparłam z rezygnacją. Na twarzy rudzielca pojawił się piękny, łobuzerski uśmiech. Z radością go odwzajemniłam. Przynajmniej jest szczęśliwy. Chociaż to jedno.
Chłopak nagle przyciągnął mnie do siebie i pocałował w usta. Przez chwilę trwałam tak, a nic wokół mnie się nie liczyło. Byłam tylko ja i Fred. Czułam na sobie dotyk jego miękkich ust, jego dłoń we swoich włosach. Mogłabym tak trwać i trwać, ale delikatnie się odsunęłam od rudzielca.
-Za chwilę zacznie się obrona przed czarną magią –powiedziałam do chłopaka. –Musimy iść –uśmiechnęłam się do Weasleya smutno. Ten wziął mnie za rękę i spojrzał w moje orzechowe oczy.
-No to chodźmy –powiedział i pociągnął mnie w stronę sali.
Lekcja zaczęła się w miarę normalnie. Profesorka wpuściła nas do sali, a sama stanęła przy biurku.
-Dziś zajmiemy się najgorszymi dziedzinami czarnej magii. Wielu znakomitych czarodziejów od wieków zadawało sobie jedno i to samo pytanie. Jak osiągnąć nieśmiertelność?
Nauczycielka rozejrzała się po sali. Uczniowie zaczęli nagle słuchać jej słów z wielką uwagą.
-Macie może jakieś propozycje? –spytała z zachęcającym uśmiechem. Moja ręka wystrzeliła w górę z zadziwiającą szybkością, ale Sanchez to zignorowała. Zdąrzyła się przyzwyczaić, że znam opowiedź na każde pytanie nauczycielki.
-Tak panno Patil?
-Kamień filozoficzny –odpowiedziała Parvati bez wahania. Nauczycielka uśmiechnęła się do niej.
-Bardzo dobrze. Kamień filozoficzny. W całej znanej nam historii tylko Nicolasowi Flamelowi udało się go stworzyć, ale i tak został on zniszczony ponad sześć lat temu. Inne pomysły?
Zobaczyłam, że Harry niepewnie podniósł dłoń. To właśnie jego wskazała Sanchez do odpowiedzi mimo, że moja ręka już od dawna sterczała w górze.
-Insygnia Śmierci –powiedział Harry. Myślałam, że powie coś innego, poda inną nazwę, ale się myliłam.
-Dobrze panie Potter, ale tutaj wchodzimy tylko w strefę domysłów i wyobrażeń. Osobiście jestem  zdania, że te przedmioty istnieją, ale nie jestem pewna czy naprawdę dają nieśmiertelność. Może jeszcze jakieś pomysły?
Znowu podniosłam rękę.
-Daj sobie spokój, Granger –usłyszałam lodowaty głos z boku. –I tak cię nie zapyta.
-Zamknij się, Malfoy.
Ale jakby na potwierdzenie jego słów Sanchez powiedziała:
-Tak panno Green?
-Horkruksy –odpowiedziała wywołana. Otworzyłam szerzej oczy. Nie spodziewałam się tego po Ariadne, no i nie sądziłam, że jeszcze jacyś uczniowie wiedzą o tym. W końcu jest to temat ZAKAZANY.
-Dokładnie. Horkruksy. Czekałam aż ktoś to powie. I to właśnie jest tematem naszej dzisiejszej lekcji. A więc, panno Green, na pewno wiesz co to są horkruksy –zwróciła się do niej nauczycielka.
-Oczywiście –odparła bez wahania Ariadne. –Horkruksy to…
-Przepraszam bardzo –przerwałam nieśmiało wypowiedź dziewczyny. –Ale czy horkruksy nie  są tematem ZAKAZANYM? –spytałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-Ależ oczywiście panno Granger –Sanchez  potwierdziła moje słowa. –Ale czasy się zmieniły i profesor McGonagall stwierdziła, że powinniście posiadać przynajmniej podstawową wiedzę na ich temat. Proszę kontynuować –to ostatnie było skierowane oczywiście do Ariadne.
-Horkruksy to przedmioty w których, za pomocą zaklęcia, została ukryta cząstka duszy czarodzieja. Dopóki taki przedmiot istnieje, nie można zabić danej osoby do której ta cząstka duszy należy. Takie horkruksy nie jest łatwo zniszczyć. Działają na nie wyjątkowo rzadkie trucizny jak, chociażby, jad bazyliszka czy kobry wegańskiej. Istnieją też zaklęcia za pomocą których można zniszczyć horkruksa. Jednym z tych zaklęć jest Szatańska Pożoga i Całun Śmierci.
-Bardzo dobrze panno Green. Slytherin dostaje dwadzieścia punktów.
Zacisnęłam ręce ze złości. To ja chciałam zdobyć te punkty. Kątem oka zauważyłam, że George patrzy się na Green z uśmiechem, a Ariadne go odwzajemnia. Zacisnęłam tylko usta i przeniosłam wzrok na nauczycielkę.
-Co powinniście wiedzieć o horkruksach? Że są one bardzo NIEBEZPIECZNE. Kiedy jakaś osoba zbliża się do takiego przedmiotu, może on czerpać z niej energię, wysysać życie z danej istoty, a samemu stawać się silniejszym, a nawet stworzyc własne ciało. Nie chodzi tu o kontakt fizyczny –powiedziała szybko Sanchez, widząc jak niektórzy otwierają usta. –Tu chodzi o kontakt duchowy. Jeśli w dany przedmiot przelejemy nasze słabości, nasze wspomnienia, to może on przejąć kontrolę nad naszym umysłem. Cząstka duszy żyjąca w przedmiocie będzie nami kierowała, opęta nasz umysł. Lord Voldemort używał horkruksów i jako jedyny stworzył ich aż osiem. Jeden przypadkowo. Liczę je łącznie z kawałkiem w jego ciele, tak dla ścisłości.
Słuchałam tej wypowiedzi tylko z przyzwyczajenia. Wszystko to wiedziała doskonale.
-A jakie przedmioty były horkruksami Voldemorta? –spytała bliżej nieokreślona osoba.
-Myślę, że z tym pytaniem śmiało możecie kierować się do pana Harry’ego Pottera, Ronalda Weasleya i panny Hermiony Granger.
Twarze wszystkich uczniów zwróciły się w naszą stronę.
-Ale mogę wam to powiedzieć. O szczegóły dopytacie się na przerwie, nie teraz –powiedziała nauczycielka, słysząc szepty. –Horkruksami Lorda Voldemorta był stary dziennik, jego wąż, Nagini, pierścień jego dziadka, Marvola Gnauta, złota czarka Helgi Huffelpuff, naszyjnik Salazara Slytherina, zaginiony diadem Roveny Ravenclow i… Harry Potter.
Ostatnie słowa wywołały istny harmider. Rozpoczęły się żywe dyskusje na ten temat, ale Sanchez skutecznie wszystkich uciszyła.

Był wieczór, a ja leżałam na łóżku w swoim dormitorium i myślałam. O czym? O całym dzisiejszym dniu. O treningu quidditcha, o Fredzie wspaniale latającym na miotle i z niesamowitą siłą odbijającym tłuczki. O naszym dzisiejszym pocałunku. Jednak najbardziej zastanawiało mnie zdanie, które wypowiedział Malfoy. „Jesteś całkiem niezła jak na szlamę”. O co mu chodziło? O to, że świetnie czaruję? A może o wygląd? Nie, to jakiś absurd. Malfoy na pewno nie miał na myśli wyglądu. Ale im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym większe mnie ogarniały wątpliwości. Bo jeśli jednak chciał powiedzieć, że jestem ładna? Granger, opanuj się, to przecież Draco Malfoy, on nigdy nie myśli o tobie miło! Z jednym wyjątkiem.
Wzdycham i wywracam oczami. Coraz bardziej przypominam te wszystkie idiotki co tylko myślą o wyglądzie i latają za chłopakami. Ale mimo wszystko jednego jestem pewna. Draco Malfoy po raz pierwszy w życiu powiedział mi komplement.
***
Kiedy tylko lekcja się skończyła, Granger wyleciała z sali transmutacji jakby ją ktoś gonił. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem. Nie trudno było zauważyć, że coś, albo ktoś, wyprowadził dziewczynę z równowagi. A najlepsze w tym wszystkim było to, że tym kimś byłem właśnie ja, Draco Malfoy.
-Smoku, wiesz co się stało naszej drogiej szlamie? –spytał mnie Zabini zaraz po lekcji.
-Skąd ja mam niby to wiedzieć? –zapytałem go, udając zdziwienie.
-No wiesz –zaczął Ślizgon z uśmiechem. –Widziałem waszą rozmowę.
Popatrzyłem na niego z rozbawieniem.
-Nie no, Blaise, nie myślisz chyba, że mi się podoba ta głupia szlama? –spytałem go, chociaż sam nie byłem do końca pewny odpowiedzi. Przynajmniej sobie wmawiałem, że tak nie jest.
-Wcale nie mówiłem, że ci się podoba –odparł szybko chłopak i uniósł dłonie w geście obrony. –Tylko, że Granger coś się zmieniła ostatnie. Wyładniała i zaczęła się normalniej ubierać. Aż sam zwróciłem na to uwagę.
W duchu przyznałem rację Zabiniemu. Sam wiele razy myślałem o zmianach jakie zaszły w Gryfonce. Nie tylko tych zewnętrznych, ale również zmianach w psychice. Nagle z tej wiecznie kogoś upominającej i ciągle narzekającej pani prefekt, stała się normalną w miarę wyluzowaną dziewczyną. Było to tak zadziwiające, że nie było opcji nie zauważyć tych zmian. A co do wyglądu. Hermiona Granger po prostu dojrzała.
Wraz z Zabinim skręciliśmy w korytarz prowadzący do sali od obrony przed czarną magią. To właśnie miała być nasza następna lekcja. Stanęliśmy przed drzwiami wśród tłumu innych uczniów. Wrota się otworzyły i stanęła w nich profesorka.
-Wejdźcie –powiedziała z uśmiechem. Uczniowie niechętnie przekroczyli próg i zajęli swoje miejsca. Powlokłem się do jednej z ławek i usiadłem koło Granger. czułem, że ta lekcja do najprzyjemniejszych należeć nie będzie.
-Dziś zajmiemy się najgorszymi dziedzinami czarnej magii. Wielu znakomitych czarodziejów od wieków zadawało sobie jedno i to samo pytanie. Jak osiągnąć nieśmiertelność?
Nauczycielka rozejrzała się po sali. Uczniowie zaczęli nagle słuchać jej słów z wielką uwagą.
-Macie może jakieś propozycje? –spytała z zachęcającym uśmiechem. Ręka siedzącej obok mnie Granger wystrzeliła w górę z zadziwiającą szybkością, ale Sanchez to zignorowała. Wolała zapytać inne osoby.
-Tak panno Patil?
-Kamień filozoficzny –odpowiedziała Parvati bez wahania. Nauczycielka uśmiechnęła się do niej.
-Bardzo dobrze. Kamień filozoficzny. W całej znanej nam historii tylko Nicolasowi Flamelowi udało się go stworzyć, ale i tak został on zniszczony ponad sześć lat temu. Inne pomysły?
Zobaczyłem, że Potter niepewnie podniósł dłoń. Uniosłem brwi. Co on może wiedzieć o nieśmiertelności?
-Insygnia Śmierci –powiedział Harry. Tylko czym do cholery są te insygnia?!
-Dobrze panie Potter, ale tutaj wchodzimy tylko w strefę domysłów i wyobrażeń. Osobiście jestem  zdania, że te przedmioty istnieją, ale nie jestem pewna czy naprawdę dają nieśmiertelność. Może jeszcze jakieś pomysły?
Granger znowu podniosła rękę z nadzieją, że ją teraz zapyta nauczycielka.
-Daj sobie spokój, Granger –mruknąłem lodowato. –I tak cię nie zapyta.
-Zamknij się, Malfoy.
Ale jakby na potwierdzenie moich słów Sanchez powiedziała:
-Tak panno Green?
-Horkruksy –odpowiedziała wywołana. Otworzyłem szerzej oczy. Że co?! Jakie horkru… Co to w ogóle jest?
-Dokładnie. Horkruksy. Czekałam aż ktoś to powie. I to właśnie jest tematem naszej dzisiejszej lekcji. A więc, panno Green, na pewno wiesz co to są horkruksy –zwróciła się do niej nauczycielka.
-Oczywiście –odparła bez wahania Ariadne. –Horkruksy to…
-Przepraszam bardzo –Hermiona przerwała nieśmiało wypowiedź dziewczyny. –Ale czy horkruksy nie  są tematem ZAKAZANYM? –spytała, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-Ależ oczywiście panno Granger –Sanchez  potwierdziła tylko słowa Gryfonki. –Ale czasy się zmieniły i profesor McGonagall stwierdziła, że powinniście posiadać przynajmniej podstawową wiedzę na ich temat. Proszę kontynuować –to ostatnie było skierowane oczywiście do Ariadne.
-Horkruksy to przedmioty w których, za pomocą zaklęcia, została ukryta cząstka duszy czarodzieja. Dopóki taki przedmiot istnieje, nie można zabić danej osoby do której ta cząstka duszy należy. Takie horkruksy nie jest łatwo zniszczyć. Działają na nie wyjątkowo rzadkie trucizny jak, chociażby, jad bazyliszka czy kobry wegańskiej. Istnieją też zaklęcia za pomocą których można zniszczyć horkruksa. Jednym z tych zaklęć jest Szatańska Pożoga i Całun Śmierci.
-Bardzo dobrze panno Green. Slytherin dostaje dwadzieścia punktów.
Zobaczyłem, że Granger zacisnęła pięści ze złości. Zaśmiałem się cicho.
-Co powinniście wiedzieć o horkruksach? Że są one bardzo NIEBEZPIECZNE. Kiedy jakaś osoba zbliża się do takiego przedmiotu, może on czerpać z niej energię, wysysać życie z danej istoty, a samemu stawać się silniejszym, a nawet stworzyc własne ciało. Nie chodzi tu o kontakt fizyczny –powiedziała szybko Sanchez, widząc jak niektórzy otwierają usta. –Tu chodzi o kontakt duchowy. Jeśli w dany przedmiot przelejemy nasze słabości, nasze wspomnienia, to może on przejąć kontrolę nad naszym umysłem. Cząstka duszy żyjąca w przedmiocie będzie nami kierowała, opęta nasz umysł. Lord Voldemort używał horkruksów i jako jedyny stworzył ich aż osiem. Jeden przypadkowo. Liczę je łącznie z kawałkiem w jego ciele, tak dla ścisłości.
Ziewnąłem szeroko. Co za nudy.
-A jakie przedmioty były horkruksami Voldemorta? –spytała bliżej nieokreślona osoba. Podniosłem głowę. Dobre pytanie.
-Myślę, że z tym pytaniem śmiało możecie kierować się do pana Harry’ego Pottera, Ronalda Weasleya i panny Hermiony Granger.
Twarze wszystkich uczniów zwróciły się w ich stronę. Prawie wszystkie.
-Ale mogę wam to powiedzieć. O szczegóły dopytacie się na przerwie, nie teraz –powiedziała nauczycielka, słysząc szepty. –Horkruksami Lorda Voldemorta był stary dziennik, jego wąż, Nagini, pierścień jego dziadka, Marvola Gnauta, złota czarka Helgi Huffelpuff, naszyjnik Salazara Slytherina, zaginiony diadem Roveny Ravenclow i… Harry Potter.
Na te ostatnie słowa lekko się podniosłem. Tylko, że Sanchez nie chciała powiedzieć nic więcej na ten temat. Położyłem się na podręczniku i myślałem o nadchodzącym meczu quidditcha.

Po lekcji powoli wstałem i się spakowałem. Wraz z Zabinim wyszedłem z sali. Podczas wywodu Sanchez na temat tych horkrucośtam zapadłem w drzemkę i byłem nie do końca przytomny.
-Co myślisz o tych całych horkruksach? –spytał mnie Blaise, kiedy wyszliśmy z sali. Spojrzałem na niego z głupim wyrazem twarzy. Tak naprawdę nie miałem pojęcia co przed chwią powiedział.
-Stary –odezwałem się sennym głosem. –Ja w ogóle nie myślę. Nie wyspałem się.
-Co, lekcja za krótka? –zapytał Zabini z uśmiechem.
-O kilka godzin za krótka –odparłem, ziewając.
Nagle stanąłem jak wryty. To co zobaczyłem zadziałało jak kubeł zimnej wody.
-Co się stało? –spytał od razu Blaise.
-Czy ja mam zwidy, czy tam stoi Ariadne i gada z Weasleyem? –spytałem niezbyt pewnie. Byłem pewny, że to zwidy, z powodu niewyspania.
Zabini odwrócił się we wskazywaną stronę i zaklnął głośno.
-Mówiłeś serio –powiedział, a na jego twarzy widać było wielkie zdziwienie. Pod ścianą stała Ariadne i z uśmiechem rozmawiała z Georgem Weasleyem.
-Ja już sobie pójdę –powiedział Blaise ze złością. Nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Podszedłem do brunetki.
-Możemy pogadać? –spytałem ją. W odpowiedzi Green tylko kiwnęła głową.
-Zobaczymy się później –powiedziała jeszcze do Georgea i odeszła.
-Co ty robisz?! Zapytałem ją, gdy tylko rudzielec zniknął mi z oczu.
-To gadanie jest już zabronione? –spytała niezbyt miło dziewczyna.
-Nie twierdzę, że jest, ale akurat z NIM?!
Ariadne tylko westchnęła i spojrzała w bok. Przez chwilę milczała, a kiedy przemówiła głos miała spokojny, ale lekko zniecierpliwiony.
-To chcesz wiedzieć jaką mają taktykę czy nie?
______________________________

Dziś trochę tego jest :D
Pozdrawiam

poniedziałek, 3 grudnia 2012

ROZDZIAŁ 19

Bardzo przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale przechodziłam przez mały jesienny kryzys. Pomysł na rozdział miałam, ale nie potrafiłam tego napisać. Więc proszę, wybaczcie mi to, błagam!
_________________________________

Siedziałam w Wielkiej Sali przy stole Gryffindoru. Jedną ręką podpierałam głowę, drugą grzebałam widelcem w talerzu. Byłam tak śpiąca, że nie miałam nawet siły jeść. W nocy nie mogłam zasnąć. Kiedy tylko mi się to udało, obudziłam się ze strasznego koszmaru, zlana potem i przerażona. Ręce mi się trzęsły, nie potrafiłam się uspokoić. Sen już zapomniałam. Na szczęście.
-Cześć Miona.
Powoli uniosłam głowę i odwróciłam się.
-Cześć Harry –powiedziałam cicho, ziewając. Chłopak usiadł koło mnie. Zauważyłam, że ma bardzo ponury nastrój.
-Rozmawiałeś z Ginny? –spytałam go. Przez chwilę chłopak nie odpowiadał.
-Rozmawiałem –powiedział w końcu.
-Iii?
Zapanowała cisza. Wpatrywałam się w Pottera, oczekując odpowiedzi. Kiedy minęła minuta, a chłopak wciąż nic nie mówił, zaczęłam się niepokoić.
-Harry?
-I nic Hermiono! Nic! –wybuchł brunet. –Ona nawet nie chciała mnie wysłuchać. Powiedziała, że nie potrzebuje moich przeprosin.
Harry ukrył twarz w dłoniach. Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem. Byłam w szoku. Nie, to niemożliwe! Przecież jeszcze dwa dni temu Ginny była załamana, bo Harry się nie zjawił, a teraz? Tak po prostu odrzuca jego przeprosiny? Nie, to nie może być prawdą.
Otworzyłam usta żeby coś powiedzieć. Wtedy do Wielkiej Sali weszła rudowłosa dziewczyna. Kiedy zobaczyła mnie i Harry’ego, odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Wstałam i szybko ją dogoniłam.
-Ginny, poczekaj! –zawołałam. Dziewczyna się dowróciła. –Ginny, coś ty zrobiła? –spytałam ją, kiedy byłam obok niej. Po minie Rudej wiedziałam, że nie ma ochoty rozmawiać na ten temat. –Ginny, odpowiedz mi!
-Ja nie wiem Hermiono co ja zrobiłam! –krzyknęła po chwili. –Nie wiem! Ja nie chciałam tego powiedzieć. Sama byłam zdziwiona –Ginny na chwilę zamilkła. Ukryła twarz w dłoniach. –Jestem beznadziejna.
Popatrzyłam na przyjaciółkę ze współczuciem. Nie potrafiłam patrzeć jak cierpi.
-Nie martw się. Będzie dobrze.
Objęłam ją ramiem.
-Idź coś zjeść.
Ginny kiwnęła mi na zgodę i weszła do Wielkiej Sali. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. To trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby coś takiego się zdarzyło.
Poszłam do swojego dormitorium po książki i ruszyłam do sali od transmutacji. Ku mojemu zdziwieniu stał tam Harry. Był sam. Miałam ochotę do niego podejść, wytłumaczyć mu co się stało, ale wiedziałam, że tę sprawę Ginny musi załatwić sama.
Drzwi się otworzyły i stanęła w nich profesor McGonagall.
-Wejdźcie –powiedziała chłodno. Uczniowie bez słowa weszli do sali i zajęli miejsca.
-Dzisiaj zajmiemy się transmutacją ludzką. Teoria była już w szóstej klasie, więc sprawdzę co pamiętacie.
Wszyscy zaczęli się rozglądać po klasie. Chyba nikt oprócz mnie nie pamiętał materiału z poprzedniego roku.
-Jak brzmi pierwsza zasada Montekiego?
Moja wyćwiczona ręka wystrzeliła w górę z zadziwiającą prędkością. Reszta uczniów popatrzyła na mnie ze znudzeniem. Co roku lekcje wyglądały tak samo. To znaczy, że wszyscy czekali aż odpowiem nauczycielom na pytania.
-Tak panno Granger?
-Pierwsza zasada Montekiego mówi, że każdy przedmiot bądź zwierzę można przemienić tylko w coś o taki samo lub mniej złożonej budowie –wyrecytowałam z pamięci. –Ta zasada jest błędna –dodałam  po chwili.
-Dobrze. Pięć punktów dla Gryffindoru. Tak jak wspomniała panna Granger zasada ta została obalona. Jeden z najmądrzejszych czarodziejów czasów starożytnych, Dekracjusz, zamienił stół w krowę i tym samym zaprzeczył zasadzie ustanowionej przez Montekiego, bo według niego taki czyn był niemożliwy. Uczymy się tej zasady tylko dlatego, iż może się ona pojawić na OWUTEMach.
Wszyscy uczniowie popatrzyli się na siebie ponuro. Jestem pewna, że większość z nich w ogóle nie zna teorii transmutacji, a przecież to jest banalnie proste.
-Ale waszym zadaniem na tej lekcji jest zmiana własnej dłoni w szczypce raka. Nie jest to takie trudne, więc nie patrzcie tak na mnie. Do dzieła.
Od razu złapałam za różdżkę i zaczęłam ćwiczyć zaklęcie. Za piątym razem nastąpiła zmiana, bo moja dłoń nie przypominała już dłoni. Zamiast niej z ramienia wyrastały mi piękne, czerwone szczypce raka, takie jakie rysują w mugolskich bajkach dla dzieci.
-Proszę zobaczyć, pannie Granger się udało –odezwała się nauczycielka. Głowy wszystkich zebranych zwróciły się w moją stronę. –Brawo. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Uśmiechnęłam się lekko. Bardzo lubię gdy nauczyciele mnie chwalą. Pokazuje też wtedy wszystkim Ślizgonom, że pochodzenie jest nie ważne, że do czarowania trzeba mieć talent oraz być inteligentnym.
-Pewnie jesteś z siebie bardzo zadowolona, co Granger? –usłyszałam cichy głos po swojej lewej stronie. No tak, Draco.
-A żebyś wiedział, że tak, Malfoy –odparłam również szeptem. –W porównaniu do ciebie umiem rozróżnić jeden koniec różdżki od drugiego.
-No tak, bo Panna –Wszystko –Wiedząca –Granger jest świadoma tego jaka jest mądra i cudowna –powiedział złośliwie chłopak.
-Panie Malfoy, proszę nie gadać –upomniała blondyna nauczycielka. Draco natychmiast zamilkł, a ja tylko prychnęłam pogardliwie, jak to miałam w zwyczaju. Zajęłam się pracą.
Chciałam wyćwiczyć to zaklęcie do perfekcji, a do tego potrzebowałam się skupić. Na szczęście potrafiłam nie zwracać uwagi na otoczenie.
-Bo widzisz Granger –drgnęłam słysząc nagle męski głos tuż obok swojego ucha. –Jesteś całkiem niezła jak na szlamę.
Odwróciłam głowę w stronę Malfoya. Nie wiem czemu to zrobiłam. Może z przyzwyczajenia, a może dlatego, że zdziwiła mnie jego wypowiedź. Byłam w jeszcze większym szoku gdy zobaczyłam, że chłopak się uśmiecha. Nie tak złośliwie jak zawsze, ale bardziej… normalnie.
Popatrzyłam w jego stalowoszare oczy i cicho przełknęłam ślinę. Nasze twarze dzielił centymetr. Poczułam jak moje serce przyspiesza, a oddech staje się płytszy. Czułam się dziwnie. Miałam ochotę… pocałować Malfoya.
Trwałam tak przez kilka sekund. Opanuj się Hermiono rozkazal mi mój rozsądek. Szybko odwróciłam głowę, ciesząc się, że jeszcze do końca nie zwariowałam. W tym samym momencie zauwarzyła to profesorka.
-Panie Malfoy, proszę nie rozmawiać.
McGonagall podeszła do mojego stolika.
-Może nam pan pokaże jak poprawnie rzucić to zaklęcie?
Malfoy złapał różdżkę i wycelował w dłoń.
-Emerto –mruknął pod nosem, ale nic się nie stało. Zaśmiałam się z tego w duchu.
-Widzę, że nie potrafisz. Masz się tego nauczyć na kolejną lekcję, panie Malfoy –powiedziała nauczycielka głosem nie znoszącym sprzeciwu. –A i jeszcze jedno. Od dzisiaj panna Granger będzie  udzielała ci korepetycji z transmutacji.
Otworzyłam szeroko oczy. Dyskretnie uszczypnęłam się w ramię, mając nadzieję, że to sen, ale wciąż uparcie się nie budziłam. Zacisnęłam zęby i wlepiłam wzrok w blat. Do końca lekcji siedziałam cicho.
***
Zaczęła się lekcja transmutacji. Usiadłam obok Hermiony Granger i wyjąłem podręcznik i różdżkę. Położyłem je na stole i popatrzyłem na nauczycielkę.
-Dzisiaj zajmiemy się transmutacją ludzką. Teoria była już w szóstej klasie, więc sprawdzę co pamiętacie.
Wszyscy zaczęli się rozglądać po klasie. Odnosłem wrażenie, że chyba nikt oprócz Granger nie pamiętał materiału z poprzedniego roku.
-Jak brzmi pierwsza zasada Montekiego?
Ręka dziewczyny siedzącej obok mnie wystrzeliła w górę. Wszyscy tylko na nią popatrzyli. Na każdej lekcji to tak wyglądało.
-Tak panno Granger?
-Pierwsza zasada Montekiego mówi, że każdy przedmiot bądź zwierzę można przemienić tylko w coś o taki samo lub mniej złożonej budowie –wyrecytowała dziewczyna z pamięci. –Ta zasada jest błędna –dodała  po chwili. Uniosłem lekko brwi. Nie wiedziałem, że jakakolwiek teoria której się uczymy jest niepoprawna. Właśnie miałem zapytać po co nam ta wiedza, ale uprzedziła mnie nauczycielka.
-Dobrze. Pięć punktów dla Gryffindoru. Tak jak wspomniała panna Granger zasada ta została obalona. Jeden z najmądrzejszych czarodziejów czasów starożytnych, Dekracjusz, zamienił stół w krowę i tym samym zaprzeczył zasadzie ustanowionej przez Montekiego, bo według niego taki czyn był niemożliwy. Uczymy się tej zasady tylko dlatego, iż może się ona pojawić na OWUTEMach.
Wszyscy uczniowie popatrzyli się na siebie ponuro. Ja również. Nigdy nie uczyłem się teorii, to przecież się nie przydaje.
-Ale waszym zadaniem na tej lekcji jest zmiana własnej dłoni w szczypce raka. Nie jest to takie trudne, więc nie patrzcie tak na mnie. Do dzieła.
Niechętnie sięgnąłem po różdżkę i zacząłem ćwiczyć. Nie widziałem sensu w zmienianiu dłoni w to czerwone coś. Przecież to kompletna głupota. Po co komu szczypce zamiast ręki?
Ćwiczyłem zaklęcie co chwila ziewając.
-Proszę zobaczyć, pannie Granger się udało –odezwała się nauczycielka. Głowy wszystkich zebranych zwróciły się w jej stronę. –Brawo. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Spojrzałem na jej dłoń, a raczej coś co kiedyś dłonią było, bo teraz z ramienia Granger wyrastały czerwone szczypce. Odwróciłem głowę i prychnąłem bardzo, bardzo cicho. Kątem oka zauważyłem, że dziewczyna się uśmiecha do samej siebie.
-Pewnie jesteś z siebie bardzo zadowolona, co Granger? –szepnąłem do niej ze złością.
-A żebyś wiedział, że tak, Malfoy –odparła również cicho. –W porównaniu do ciebie umiem rozróżnić jeden koniec różdżki od drugiego.
-No tak, bo Panna –Wszystko –Wiedząca –Granger jest świadoma tego jaka jest mądra i cudowna –powiedziałem złośliwie. McGonagall chyba zauważyła, że coś mówię, bo szybko zareagowała.
-Panie Malfoy, proszę nie gadać –upomniała mnie. Natychmiast zamilkłem, a Gryfonka tylko prychnęła pogardliwie, jak to miała w zwyczaju i zajęła się pracą. Widać było, że chce perfekcyjnie rzucać to zaklęcie, bo zawzięcie ćwiczyła. Chyba potrafiła nie zwracać uwagi na otoczenie, bo mimo hałasu dobrze jej szło.
Nachyliłem się nad brązowowłosą i szepnąłem:
-Bo widzisz Granger –drgnęła słysząc nagle mój głos tuż obok swojego ucha. –Jesteś całkiem niezła jak na szlamę.
Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę. Widać było, ze jest w szoku, że udało mi się ją zaskoczyć tym zdaniem. Uśmiechnąłem się lekko, nie tak złośliwie jak zawsze, ale bradziej jak zwykły człowiek. Moją twarz dzielił zaledwie centymetr od twarzy Granger. Czułem na sobie jej oddech, który gwałtownie przyspieszył. Bawi mnie to jak działam na dziewczyny. Jednak Granger jest inna, zdołała się opanować, bo odwróciła szybko głowę. Wtedy znowu upomniała mnie McGonagall. Podeszła do naszego stołu i kazałami rzucić ćwiczone zaklęcie. Niechętnie wziąłem różdżkę i mruknąłem pod nosem:
-Emerto –powiedziałem, celując w dłoń, ale żadnych efektów widać nie było. Przekląłem cicho, mając nadzieję, że stojąca nade mną kobieta tego nie słyszy.
-Widzę, że nie potrafisz. Masz się tego nauczyć na kolejną lekcję, panie Malfoy –powiedziała nauczycielka głosem nie znoszącym sprzeciwu. –A i jeszcze jedno. Od dzisiaj panna Granger będzie  udzielała ci korepetycji z transmutacji.
Tym stwierdzeniem McGonagall sprawiła, że zamilkłem. Przez chwilę trawiłem usłyszaną informację zanim w pełni dotarł do mnie sens tych słów. Przekląłem po raz kolejny. Zerknąłem w bok. Granger miała szeroko otwarte oczy. Najwidoczniej nie potrafiła uwierzyć w to co słyszy. Nagle zauważyłem, że Fred Weasley patrzy się na mnie ze złością. Z jego miny wywnioskowałem, że obserwował mnie przez całą lekcję. Popatrzyłem na niego i uśmiechnąłem się złośliwie i z widoczną pogardą.
_____________________________

Rozdział trochę dłuższy nż zwykle, mam nadzieję, że was to cieszy. Zapraszam wszystkich do polubienia mojej stronki na facebooku. Znajdują się an niej informacje o moich pięciu blogach. Zaparaszam KLIK
Pozdrawiam wszystkich czytelników

niedziela, 18 listopada 2012

ROZDZIAŁ 18

Obudziłam się z głośnym krzykiem. Oddychałam szybko. To tylko sen. To był tylko sen. Złapałam się za głowę. Śniło mi się jak ktoś mnie zabija. Co za głupota. Wstałam i poszłam do łazienki. Zatrzasnęłam głośno drzwi. Do wielkiej wanny nalałam gorącej wody i weszłam do niej. Moje mięśnie od razu się rozluźniły. Wygrzewałam się tak przez jakieś piętnaście minut. Po ich upływie, wyszłam z wody i owinęłam ręcznikiem. Rozczesałam włosy i ubrałam się. Opuściłam łazienkę i szybko poszłam do Wielkiej Sali. Podeszłam do stołu Gryffindoru i od razu ujrzałam Ginny. Siedziała na uboczu, co jakiś czas zerkała w stronę czarnowłosego chłopaka. Zajęłam miejsce obok przyjaciółki.
-Cześć Ginny –powiedziałam do niej. Dziewczyna odwróciła głowę i wykrzywiła usta w wymuszonym uśmiechu. Jej oczy były zapuchnięte. Ruda wbiła wzrok w talerz. Przygryzłam lekko wargę. Nie wiedziałam co powiedzieć, tak, aby Ginny nie była jeszcze smutniejsza.
Nałożyłam sobie kurczaka i zaczęłam powoli jeść. Kątem oka zauważyłam, że przyjaciółka nawet nie tknęła jedzenia, które miała na talerzu. Rudowłosa wstała z zamiarem opuszczenia Sali.
-Ginny, gdzie ty idziesz? –spytałam zdziwiona.
-Po książki –odpowiedziała Gryfonka głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji.
-Ale przecież nic nie zjadłaś.
-Nie jestem głodna.
To mówiąc, Ginny wyszła z Wielkiej Sali. Popatrzyłam na Harry’ego Pottera, wesoło rozmawiającego z Ronaldem. Będę musiała z nim poważnie pogadać.
Spokojnie dokończyłam śniadanie i poszłam po książki. Ruszyłam w stronę lochów, do sali od eliksirów. Przybyłam tam jako jedna z pierwszych. Zawsze tak było. Po kilkunastu minutach zaczęli nadchodzić kolejni uczniowie. Z daleka zauważyłam rudych bliźniaków, zmierzających w moim kierunku.
-Hej Miona! –powiedział Fred z szerokim uśmiechem.
-Cześć –odparłam wesoło. W tym momencie otworzyły się drzwi od sali. Stanął w nich profesor Slughorn.
-Wchodźcie, wchodźcie –powiedział nauczyciel. Szybko weszłam do lochu i zajęłam miejsce przy jednym z podłużnych stołów. Po mojej prawej stronie usiadł Harry.
-Moi drodzy. Dziś będziemy ważyć Amortencję, gdyż ten eliksir może pojawić się podczas OWUTEMów. Instrukcje znajdują się w podręczniku na stronie trzydziestej czwartej, a składniki w kredensie. Zaczynajcie!
Szybko pobiegłam po wszystkie składniki potrzebne do uwarzenia Amortencji i zaczęłam pracować. Z dokładnością co do najmniejszej kropli, najmniejszego ziarenka, wsypywałam i wlewałam różne rzeczy do kociołka. Dodaj pięć liści Kamury i zamieszaj wywar trzy razy ruchem zgodnym ze wskazówkami zegara. Twój eliksir powinien mieć kremowy kolor, a nad nim powinna się unosić perłowa para układająca się w charakterystyczne spirale. Szybko wykonałam podane w podręczniku instrukcje. Mój wywar wyglądał dokładnie tak, jak opisano w książce. Uśmiechnęłam się pod nosem i dyskretnie rozejrzałam po sali. Jeszcze nikomu nie udało się uwarzyć tego poprawnie. Nad jednymi kociołkami unosiła się czerwona mgiełka, nad innymi niebieska. Pokręciłam lekko głową z niedowierzaniem i dokończyłam eliksir. Zdążyłam zrobić to przed końcem czasu. Usłyszałam kroki nauczyciela, który pochylił się nad moim kociołkiem.
-Brawo, panno Granger! Idealny eliksir, idealny! Dwadzieścia punktów dla Gryffindoru! Cudownie!
Uśmiechnęłam się szeroko i spakowałam. Wraz z Fredem i Georgem wyszłam z lochu. Wtedy przypomniałam sobie, że miałam porozmawiać z Harrym.
-Idź już. Później się spotkamy –zwróciłam się do rudzielca, który bez słowa odszedł z bratem.
 Stanęłam przed wyjściem z sali i czekałam na Harry’ego. Po chwili wyszedł on z lochu.
-Harry. Możemy pogadać? –spytałam bruneta. Chłopak tylko skinął głową. Odeszłam od drzwi, nie chciałam żeby ktokolwiek słyszał tą rozmowę.
-Coś ty zrobił? –zapytałam Pottera, który popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
-O co ci chodzi?
-Dlaczego nie spotkałeś się z Ginny mimo, że jej to obiecałeś? –spytałam ze złością. Żądałam wyjaśnień.
-Ach to –mruknął chłopak.
-Tak, właśnie to! –powiedziałam podniesionym głosem. Patrzyłam groźnie na Gryfona.
-No bo, Hermiona, ja nie mogłem!
Słysząc te słowa, prychnęłam głośno. Też mi wymówka.
-Nie mogłeś?! A to niby dlaczego? –zapytałam wkurzona. Odpowiedziała mi cisza co tylko jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Harry tylko patrzył na mnie ze złością.
-Radzę ci iść ją przeprosić, bo inaczej będziesz miał do czynienia ze mną!
Potter odszedł szybko, a ja odetchnęłam głęboko. Nagle usłyszałam męski głos za plecami.
-No, no, no, Granger! Pokłóciłaś się Potterem. Gratulacje.
-Zamknij się, Malfoy –odparłam, odwracając się w stronę blondyna. Chłopak opierał się o ścianę i patrzył na mnie z lekkim uśmiechem. Otworzyłam usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam. Odwróciłam się i poszłam na piąte piętro, do swojego dormitorium. Usiadłam na łóżku i popatrzyłam na plan lekcji. Za chwilę miała zacząć się historia magii, ale jakoś nie miałam ochoty na nią iść.
***
(Ginny Weasley)
Siedziałam przy stole Gryffindoru, w Wielkiej Sali. Przede mną leżał talerz, cały wypełniony jedzeniem, którego nie miałam zamiaru tknąć. Usłyszałam czyjeś kroki.
-Cześć Ginny –powiedziała Hermiona i usiadła Kołomnie. Odwróciłam głowę w jej stronę i wykrzywiłam usta w sztucznym uśmiechu. Miałam nadzieję, że wyglądał normalnie. Znowu wbiłam wzrok w talerz. Co jakiś czas zerkałam w stronę Harry’ego, który rozmawiał z moim bratem, Ronem. Nadal nie mogłam uwierzyć, że nie przyszedł. Nie wiedząc co robić, wstałam z zamiarem wyjścia z Sali.
-Ginny, gdzie ty idziesz?
Głos zdziwionej Hermiony nakazał mi się zatrzymać.
-Po książki –odpowiedziałam tępo, patrząc na swoje buty.
-Ale przecież nic nie zjadłaś.
-Nie jestem głodna.
To mówiąc szybko opuściłam Wielką Salę i poszłam do dormitorium. Wzięłam książki i ruszyłam do sali obrony przed czarną magią.

Po lekcji szybko wróciłam do wieży Gryffindoru. Usiadłam w fotelu przy kominku i zapatrzyłam się smutno w ogień.
-Ginny –usłyszałam męski głos za plecami. Przełknęłam ślinę i odwróciłam głowę w stronę Harry’ego.
-Ginny, ja chciałem cię przeprosić za to, że nie przyszedłem.
Po minie Pottera widać było, że naprawdę tego żałuje.
-Nie potrzebuję twoich przeprosin.
Ze zdziwieniem usłyszałam własny głos. Co ja powiedziałam? Harry popatrzył na mnie z niedowierzaniem i odszedł bez słowa. Złapałam się za głowę. Co ja zrobiłam? I co ja powiem Hermionie?
____________________________

I jest kolejny rozdział! Zastanawia mnie czy spodobały wam się rozmyślania Ginny. Bo sama twierdzę, że nie są najgorsze :)
Dzisiejszy rozdział dedykowany wszystkim czytelnikom, bez wyjątków.
Pozdrawiam serdecznie

poniedziałek, 12 listopada 2012

ROZDZIAŁ 17

Tym razem kolejny rozdzial dodaję szybko. Grożono mi Voldemortem, więc sami rozumiecie.
________________________

(Ariadne Green)
Biegłam najszybciej jak potrafiłam, a w biegach jestem mistrzem. Po zaledwie kilku minutach byłam już pod gabinetem profesor Sanchez. Zapukałam w drzwi, które natychmiast się otworzyły. Stała w nich zaskoczona nauczycielka.
-Panno Green, co pani robi tu o tej porze? –zapytała dziewczyna (kobietą jej nazwać nie można).
-Na szóstym piętrze znaleziono kolejne ciało –wyrzuciłam z siebie te słowa bardzo szybko. Przez chwilę Sanchez patrzyła na mnie oszołomiona.
-Idź po resztę nauczycieli. Szybko.
Skinęłam głową na znak zgody i szybko popędziłam do kolejnych gabinetów. Sama nauczycielka skierowała się na szóste piętro.
Biegnąc po panią profesor McGonagall, wpadłam na profesora Slughorna.
-Panno Green, stało się coś? –zapytał profesor Slughorn, widząc moją minę.
-Kolejne morderstwo. Na szóstym piętrze.
Horacy popatrzył mi prosto w oczy.
-Minerwo –powiedział głośno. Momentalnie profesorka pojawiła się przy nim.
-Stało się coś Horacy?
Patrzyła to na mnie, to na dyrektora.
-Zabito kolejną osobę.
Te słowa wystarczyły. Wraz z nauczycielami ruszyłam po resztę grona nauczycielskiego.
-Panno Green –zwróciła się do mnie McGonagall. –Proszę, przyprowadź Poppy.
-Dobrze –odpowiedziałam krótko i poszłam do skrzydła szpitalnego.
***
Stałam na korytarzu, w osłupieniu wpatrując się w leżące przede mną ciało. Jeszcze przed chwilą krzyczałam głośno, jednak teraz nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa. Jedynie co mi zostawało to stać tu bezmyślnie, nie wiedząc co zrobić, bo dziewczynka nie żyje.
-Granger –usłyszałam z boku czyjś głos. –Granger, dobrze się czujesz?
Odwróciłam głowę. Malfoy patrzył na mnie uważnie. W jego wzroku dostrzegłam… troskę? Nie potrafiłam uwierzyć w to co widziałam.
-Wszystko dobrze –powiedziałam chłodno. Draco chciał chyba powiedzieć coś jeszcze, ale w oddali rozległy się czyjeś kroki. Zobaczyłam nadchodzącą profesor Sanchez, która szybko podbiegła do ciała. Popatrzyła na mnie i Malfoya.
-Które z was pierwsze tu było? –zapytała cicho. Lekko uniosłam rękę. Na szczęście się nie trzęsła. –Widziałaś kogoś?
Szybko potrząsnęłam głową. Sanchez stanęła i spojrzała na ścianę. Lekko otworzyła oczy. Podążyłam za jej wzrokiem. Nauczycielka wpatrywała się w szkarłatny napis.

To jeszcze nie koniec.
A.G.

Te słowa sprawiły, że moje wspomnienia dotyczące Komnaty Tajemnic wróciły. Wiadomości pisane krwią, spetryfikowani ludzie. Wtedy sama byłam jedną z ofiar. Przez cały czas pamiętam te ohydne, żółte oczy.
Usłyszałam głośne kroki. Obok mnie stanęli inni nauczyciele. Pani Pomfrey podeszła do ciała i pochyliła się nad nim.
-I co Poppy? –zapytała McGonagall, gdy pielęgniarka wstała.
-Jakiś nóż, nie znam się na tym. Jako czarownica rzadko mam do czynienia z fizycznymi ranami. Mogę tylko powiedzieć, że napastnik przeciął jedną z tętnic, wyprowadzającą krew z serca.
Wtedy odezwała się profesor Sanchez.
-Sztylet, krótki, o bardzo cienkim ostrzu. Zadano nim kilka ciosów. Na oko sześć. Zadane z raczej niedużą siłą. Morderca musiał znać się na budowie człowieka, inaczej rany byłyby głębsze. Napastnik chciałby mieć pewność, że ofiara nie żyje.
Całe grono pedagogiczne popatrzyło na nią z osłupieniem. Ja również.
-Znasz się na tym Isabelle? –zapytał stojący na uboczu Hagrid. Dopiero teraz go zauważyłam. Wymieniona nauczycielka skinęła głową.
-Kiedyś interesowałam się wszelkiego rodzaju zabójstwami w świecie mugoli.
Za plecami usłyszałam ciche prychnięcie. Oczywiście, arystokrata Malfoy nie szanuje mugoli. Na szczęście nikt oprócz mnie nie zwrócił na to uwagi.
-Współpracowałam z tamtejszymi władzami. Jako detektyw. Widziałam już wiele ran, wiele śmierci, zabójstw. Teraz potrafię je rozpoznawać.
Pochyliła się nad ciałem.
-O tutaj –wskazała jakieś miejsce. –Widać tu wgłębienie. Jest po prawej stronie, prowadzi po skosie. Dzięki temu można stwierdzić, że zabójca jest leworęczny.
Moje oczy rozwarły się jeszcze szerzej. W tym momencie zamiast profesor Sanchez, widziałam Sherlocka Holmesa. Jego damską wersję.
-Wiesz coś jeszcze? –spytała McGonagall.
-Tylko tyle, że to –tu wskazała na ścianę –zostało napisane jej krwią. Nic więcej tu nie widzę.
-Dobre i to –mruknął Hagrid ponuro. Wziął ciało na ręce i wraz z McGonagall opuścił korytarz. Dyrektorka odwróciła się.
-Panno Granger, panno Green, panie Malfoy. Możecie już iść do dormitoriów.
Kiwnęłam głową. Odwróciłam się i zeszłam na piąte piętro, gdzie znajdowało się moje dormitorium. Szybko weszłam do pokoju i usiadłam na łóżku. To już drugi raz. Kolejne morderstwo, do tego w zamku. Jak tak dalej pójdzie to zamkną Hogwart. Tym bardziej, że wszyscy myśleli, że nie ma już zagrożenia skoro Voldemort nie żyje, a jego poplecznicy zostali złapani. A tu nagle… Zamknęłam oczy. Czemu to się dzieje? Czemu tu?
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi, ale nie miałam zamiaru otwierać. Byłam zbyt przerażona i zmęczona.
***
Stałem i przysłuchiwałem się naszej nauczycielce obrony przed czarną magią z rosnącym zdumieniem. Skąd ona to wszystko wie? I kto zabił tą dziewczynkę? Oczywiście na te pytania nie dostałem odpowiedzi.
-Panno Granger, panno Green, panie Malfoy. Możecie już iść do dormitoriów.
Te słowa wypowiedziała McGonagall. Popatrzyłem na dyrektorkę spode łba. Chciałem się dowiedzieć czegoś ciekawego. I co? Gówno się dowiedziałem. Podszedłem do Ariadne. Dziewczyna wciąż wpatrywała się w kałużę krwi, która była na ziemi.
-Ariadne? Ty żyjesz? –zapytałem z lekkim niepokojem, widząc jak dziewczyna zamarła. Brunetka szybko potrząsnęła głową.
-Nic mi nie jest –powiedziała oschle. Trochę mnie to zdziwiło. Nigdy nie słyszałem, żeby Green zwracała się do kogoś takim tonem. Byłem pewny, że coś się stało. Tylko nie wiedziałem co.
Bez słowa ruszyłem na dół. Jak będzie chciała sama mi powie. Kątem oka zauważyłem, że Ariadne jeszcze przez chwilę wpatrywała się w szkarłatny napis, po czym odeszła ze spuszczoną głową. Ja sam przez chwilę wpatrywałem się w tę ścianę. A.G. z czymś mi się kojarzyły te inicjały. A.G. A.G. Skąd ja to znam? Nagle skojarzyłem oczywiste fakty, lekko zbladłem. Oczywiście jeśli jest to w ogóle możliwe. A.G. Znam tylko jedną osobę która ma takie inicjały. Tą osoba jest nie kto inny niż Ariadne Green, moja najlepsza przyjaciółka.
________________________

Ten rozdział dedykowany Hermionie i Kokoszce :)

sobota, 10 listopada 2012

ROZDZIAŁ 16

-Dziś idziemy do Hogsmead!
Tym właśnie okrzykiem powitała mnie Ginny. Uśmiechnęłam się do niej.
-Hermiono, pójdziesz ze mną? –zapytała Ruda.
-Oczywiście, że tak.
Dziewczyna posłała mi szeroki uśmiech. Od razu widać było jej entuzjazm. Poważnie zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie spotka się Harrym. Szybko odrzuciłam tą myśl. Gdyby tak było, na pewno by mnie poinformowała. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Pobiegłam do Wielkiej Sali i pospiesznie zjadłam śniadanie. Ginny tylko stała nade mną i poganiała mnie. Kiedy tylko przełknęłam ostatni kawałek kurczaka, Ruda złapała mnie za rękę i szybko wyszła z Sali.
-Ginny po co się tak spieszysz? –zapytałam ją w drodze do wyjścia z zamku.
-Po prostu czuję dużą potrzebę wyjścia na dwór –odpowiedziała bez wahania.
-Ale…
Nie zdążyłam dokończyć zdania bo zatrzymał nas Filch, trzymający w dłoni swój czujnik. Zaczął nas sprawdzać czy nie przenosimy żadnych niebezpiecznych przedmiotów. Ginny lekko się niecierpliwiła. Kiedy tylko woźny nas puścił, wręcz biegiem ruszyła w kierunku Hogsmead. Poszłam za nią.
Po kilku minutach stanęłyśmy przy wejściu do wioski.
-Może pójdziemy do Trzech Mioteł? –zapytała Ginny i nie czekając na odpowiedź, weszła do ciepłego wnętrza baru. Podeszła do lady i  zamówiła dwa piwa kremowe u madame Rosmerty. Zajęłyśmy wolny stolik. Popatrzyłam na Ginny.
-Coś się stało? –zapytałam z ciekawością. –Chodzisz dziwnie podekscytowana.
Gryfona popatrzyła na mnie z podekscytowaniem.
-Idę na randkę z Harrym –powiedziała szybko. Lekko zamrugałam oczami.
-Naprawdę? –Ruda kiwnęła głową. –To wspaniale Ginny! Tak się cieszę.
Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
Przez resztę dnia prowadziłyśmy wesołą rozmowę. Ginny nie wspominała o tym, co powiedziałam jej poprzedniego dnia. Byłam jej za to bardzo wdzięczna. Nie zniosłabym gadania o Malfoyu i Fredzie.
-Och, muszę już iść. Harry pewnie już na mnie czeka.
Ruda szybko wstała i wyszła z Trzech Mioteł, a ja z uśmiechem, spokojnie dopiłam kremowe piwo. Nagle zobaczyłam Lunę Lovegood, zmierzającą w moją stronę.
-Cześć Luna –powiedziałam wesoło. –Co u ciebie?
-Właśnie dostałam list od taty. Pisał, że rozpoczął poszukiwania Chrapaków Krętorogich. Podobno wie już gdzie spędzają noce –odpowiedziała Krukonka poważnym tonem.
-To świetnie –odparłam. Zdążyłam już się przyzwyczaić, że Luna wierzy w takie dziwne rzeczy.
Przez kolejną godzinę dowiedziałam się wiele o chrapkach, narglach, buchorożcach i wielu innych, dziwnych stworzeniach.
-Muszę już iść –powiedziałam do blondynki, wstając. –Do zobaczenia Luna.
Wyszłam z Trzech Mioteł i ruszyłam do zamku. Idąc drogą, zobaczyłam jakąś drobną, rudą postać, siedzącą na murku. Poznałam ją.
-Ginny?
Podeszłam do dziewczyny.
-Co ty tu robisz?
Ruda uniosła głowę. Płakała.
-On… on nie przyszedł.
Przez chwilę nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.
-C… co?
-Harry nie przyszedł –to mówiąc, Ginny zaczęła kaszleć. Podniosłam ją z ziemi.
-Zaprowadzę cię do skrzydła szpitalnego.
Podtrzymując Ginny, ruszyłam do zamku. Szybko zaprowadziłam rudowłosą do pani Pomfrey, która bez zbędnych pytań ułożyła ją na wolnym łóżku.
Wyszłam ze skrzydła szpitalnego i poszłam do wieży Gryffindoru. Zamierzałam nawrzeszczeć na Harry’ego, powiedzieć mu jakim jest idiotą, jak bardzo skrzywdził Ginny.
Szłam szybko, byłam już na szóstym piętrze, kiedy nagle przystanęła. Poczułam jakiś dziwny zapach, jakby rdzy. Powoli opuściłam głowę. Po chwili słyszałam swój przeraźliwy krzyk.
***
Usiadłem w Wielkiej Sali, przy stole Slytherinu i zacząłem jeść śniadanie. Miejsce po mojej prawej stronie zajął Zabini.
-Cześć Smoku. Idziesz dzisiaj do Hogsmead?
Popatrzyłem na niego.
-Nie wiem. Miałem odwalić wszystkie prace jakie nam zadali, ale jakoś nie chce mi się.
Przez cały tydzień tyle nam zadali, a przez treningi quidditcha nie miałem czasu odrobić lekcji. Zamierzałem zrobić to w weekend,  no i trochę liczyłem na pomoc Granger. jednak kiedy nadeszła sobota, nie chciało mi się oczywiście robić tych zadań.
-Jak tam sobie chcesz. Ja zaraz idę do Hogsmead.
ejSpokojnie dokończyłem śniadanie. Na myśl o pracach domowych robiło mi się niedobrze. Postanowiłem, że pójdę do Hogsmead. Zadania mogę zrobić… kiedy indziej. Z tą właśnie myślą ruszyłem do wyjścia z zamku, kiedy wpadłem na Ariadne.
-Przepraszam –powiedziała.
-Gdzie ty idziesz? –zapytałem, widząc, że się spieszy. –Nie idziesz do Hogsmead?
-Nie, nie idę do Hogsmead. Idę do biblioteki odrobić nawał prac, bo w porównaniu do ciebie nie zamierzam spędzić każdej wolnej chwili na szlabanie u różnych nauczycieli.
Szlabany. O tym nie pomyślałem.
-Ale ty pewnie już wszystko zrobiłeś? –zapytała ironicznie Green. Nie odpowiedziałem. –Radzę ci to zrobić, bo inaczej trzeba będzie zmienić kapitana drużyny –dodała z udawanym smutkiem. Gdybym z powodu szlabanów nie mógł trenować, to właśnie ona pełniłaby funkcję kapitana.
-No dobra, tymi szlabanami mnie przekonałaś.
Wraz z nią poszedłem do biblioteki. Niechętnie patrzyłem jak wyjmuje kilka tomów grubych ksiąg. Patrzyłem na nią niezbyt przytomnie.
-Pacanie, nie zasypiaj mi tutaj tylko zacznij coś robić. Nie odwalę za ciebie wszystkiego!
Niezbyt zadowolony, sięgnąłem po jedną z ksiąg i zacząłem szukać informacji o Varitaserum.

Po kilku godzinach ciężkiej pracy miałem zrobione wszystkie zadania.
-Nigdy więcej –mruknąłem, ale trochę zbyt głośno, bo Ariadne to usłyszała.
-Nie narzekaj. I tak niewiele robiłeś.
Wzięła wszystkie księgi i włożyła na miejsce. Schowała pergaminy do torby. Popatrzyła na mnie.
-Idziesz czy może zamierzasz tu zostać? –zapytała. Wstałem i szybko opuściłem bibliotekę. Chciałem jak najszybciej znaleźć się jak najdalej stąd.
-Co masz taką minę? –spytała Ariadne. –Wiem, że robienie zadań jest męczące, ale bez przesady.
Nie odpowiedziałem. Po prostu szedłem w milczeniu.
-Właśnie, Draco, muszę ci coś powiedzieć. To bardzo ważne –zwróciła się do mnie Green. –Wczoraj…
Nie zdążyła dokończyć, bo nagle rozległ się głośny, przeraźliwy krzyk. Dochodził od strony schodów.
Szybko, wraz z brunetką, ruszyłem w tamtą stronę. Zastanawiało mnie co się stało. Kiedy znalazłem się przed schodami na szóstym piętrze wszystko stało się jasne. Stała tam Hermiona Granger. Miała szeroko otwarte oczy. Z przerażeniem wpatrywała się w ciało małej dziewczynki, leżące w kałuży krwi.
-Trzeba zawołać nauczycieli –powiedziałem. –Ariadne?
Popatrzyłem na Green, która pokiwała głową i ruszyła w stronę najbliższego gabinetu.
***
(Ariadne Green)
Biegłam w stronę sali od obrony przez czarną magią. Gabinet profesor Sanchey jest najbliżej. w moich oczach dało się dostrzec przerażenie, ale nie było one wywołane znalezieniem martwej dziewczynki. Przed oczami wciąż mam napis, który zobaczyłam na ścianie.

To jeszcze nie koniec

A.G.


Napisany krwią.
_______________________________

Witam wszystkich. Powiem wprost. Rozdział miałam dodać już wczoraj, ale zajęłam się czytaniem ksiązki Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2 Alternauci, która wyszła w środę, a dopiero wczoraj miałam możliwość ją kupić. Myślę, że jeden dzień nie robi wam większej różnicy.
Co do rozdziału. Pewnie część z was ma ochotę mnie zabić, za to, że Draco nie dowiedział się o tym, że Hermiona go kocha. Jednak błagam, wybaczcie mi to. Gdyby już się dowiedział byłby to koniec opowiadania. Najprawdopodobniej. Dlatego jest kolejne morderstwo.

Rozdział ten dedykuję Arvis i Zaczarowanej <3 . Mam nadzieję, że się wam podoba :)

Dziękuję za miłe komentarze oraz za to, że mój blog ma już ponad 2000 odsłon.

Pozdrawiam wszystkich czytelników.

sobota, 3 listopada 2012

ROZDZIAŁ 15

Mijały kolejne tygodnie, a ja coraz bardziej kochałam Freda. Martwiło mnie to i cieszyło jednocześnie. Z jednej strony jeśli pokocham Weasleya to zapomnę o Draconie, a z drugiej będę musiała przyzwyczaić się do nieustannego towarzystwa rudzielca i jego brata. W szkole najłatwiejszym sposobem gdy chcę pobyć sama jest pójście do biblioteki. Tak też zrobiłam i tym razem. Wyjęłam swoje Eliksiry dla Zaawansowanych i pochłonęłam się w lekturze. Po kilku minutach przyłapałam się na tym, że po raz kolejny czytam tą samą linijkę. Pewnie dlatego, że niektóre myśli nie dawały mi spokoju. A co jeśli naprawdę zakochałam się we Fredzie? Będziemy ze sobę, Ron znienawidzi mnie do końca. Potem wezmę ślub z Weasleyem i będziemy mieli trójkę rudowłosych dzieci… Zaraz. Co ja wygaduję? Jakie dzieci? Opanuj się, panno Granger, nie będziesz brała z nikim ślubu!
Zatrzasnęłam ze złością książkę i wepchnęłam ją do torby. Do biblioteki weszła Ginny. Popatrzyłam na przyjaciółkę. Od ponad miesiąca ją okłamywałam. Bardzo mi się to nie podobało. Podeszłam do jednego z regałów w poszukiwaniu książki o silnych truciznach. Ruda podeszła do mnie.
-Cześć Hermiono! Fred powiedział mi, że tu jesteś.
Uśmiechnęłam się do niej lekko. Ginny popatrzyła na mnie uważnie.
-Hermiono, co się z tobą dzieje? Jesteś z Fredem, a ciągle odnoszę wrażenie, że podoba ci się ktoś inny. Czy to prawda?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Popatrzyłam rudowłosej w oczy. Zobaczyłam w nich troskę, smutek i ciekawość. Westchnęłam cicho.
-Nic się nie dzieje. Wszystko w porządku –odpowiedziałam szybko, nie patrząc na dziewczynę. Znów to zrobiłam. Jestem tchórzem. Boję się powiedzieć o tym Ginny, boję się prawdy. Gryfona tylko popatrzyła na mnie.
-Znowu to robisz –powiedziała ze smutkiem w głosie.
-Niby co? –zapytałam, udając zdziwienie.
-Okłamujesz mnie –odparła Ginny. –I to nie pierwszy raz. A myślałam, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic, że mi ufasz.
Te słowa zabolały, ale była to cała prawda.
-Dobrze. Powiem. Ja… ja się chyba zakochałam.
Oczywiście nie było tu mowy o żadnym chyba. Wiedziałam to w stu procentach. Przyjaciółka popatrzyła na mnie.
-I… co dalej? Może powiesz kiedy to się stało?
-To zaczęło się w wakacje –powiedziałam niepewnie. –Wtedy zaczęłam myśleć… o nim.
Popatrzyłam na Ginny błagalnie.
-Nie powiesz tego nikomu? Nawet Fredowi? –spytałam ją.
-Nikomu.
-Obiecujesz?
-Tak.
Z trudem podjęłam się dalszego opowiadania.
-Potem zaczął się rok szkolny. W pociągu wpadłam na niego. Potem musiałam z nim siedzieć na lekcji. Z każdym dniem czułam, że podoba mi się coraz bardziej.
Gryfona popatrzyła na mnie.
-Zaczęło się wakacje? Niedobrze.
Zerknęła na mnie. Przez chwilę się wahała, ale zadała pytanie, którego tak się obawiałam.
-A kto to jest?
-Malfoy –mruknęłam niewyraźnie. Miałam nadzieję, że dziewczyna nie słyszała tego.
-Kto?
Wzięłam głęboki wdech. Prędzej czy później i tak się wyda.
-Malfoy –powiedziałam i zakryłam twarz dłońmi.
-C…co? –zapytała Ginny. W jej głosie dało się wyczuć szok. –CO?! Podoba ci się Malfoy?! –zapytała Ginny kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-Ciszej –upomniałam ją.
-Ale serio… Malfoy? –spytała ponownie Ruda.
-Tak, MALFOY –odpowiedziałam twardo. Gryfona popatrzy lana mnie jakbym spadła z księżyca. Mrugała oczami i lekko otworzyła usta.
-Nie wierzę –powiedziała lekko kręcąc głową.
-To uwierz.
-Nie próbowałaś jakoś o tym zapomnieć? Nie wiem… zrobić coś?
-Próbowałam, próbowałam. Ale to nic nie daje. A wiesz co w tym jest najgorsze? –zapytałam ją. Stojąca przede mną dziewczyna gwałtownie pokręciła głową. –Najgorsze jest to, że według niego jestem tylko nic nie wartą szlamą.
Do oczu napłynęły mi łzy. Dlaczego takie rzeczy muszą się przytrafiać akurat mnie? Ginny objęła mnie. Położyłam głowę na jej ramieniu. Nie potrafiłam powstrzymać łez.
-Moja przyjaciółka zakochała się w Malfoyu –powiedziała z niedowierzaniem Gryfonka. Puściła mnie i popatrzyła prosto w oczy.
-Przynajmniej jest ładny.
Na te słowa uderzyłam ją lekko głowę. Ginny uśmiechnęła się szeroko. Przynajmniej przestałam płakać. Dobre i to.
***
(Ariadne Green)
-Gdzie idziesz? –zapytała Pansy, widząc, że opuszczam dormitorium.
-Do biblioteki –odpowiedziałam szybko. Nie czekałam na odpowiedź. Szybko wyszłam z lochów. Miałam dość wysłuchiwania opowieści o Malfoyu, a ostatnio Pansy nie mówiła o niczym innym. Czy ona naprawdę nie widzi, że go interesuje pewna brązowowłosa Gryfonka?
Poszłam do biblioteki. Tam na pewno nie spotkałabym Malfoya, którego również miałam dość. Nie jestem pewna czemu, ale to raczej przez te opowieści. Weszłam do biblioteki. Były tam tylko Hermiona Granger i Ginny Weasley. Trochę zazdroszczę im, że są tak dobrymi przyjaciółkami. Mogą sobie zaufać, można być pewnym, że druga nie wygada powierzonej jej tajemnicy. Rozumiały się bez słów. Nie gadały cały czas o sobie. Też chcę mieć kogoś takiego.
Podeszłam do regału. Po jego drugiej stronie stały Gryfonki. Szukając książki o smokach usłyszałam strzęp ich rozmowy.
-…oy –powiedziała Hermiona.
-C…co? –zapytała Ginny. W jej głosie dało się wyczuć szok. –CO?! Podoba ci się Malfoy?! –zapytała Ginny kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-Ciszej –upomniała ją brązowowłosa.
-Ale serio… Malfoy? –spytała ponownie Ruda.
-Tak, MALFOY –odpowiedziała Hermiona twardo. Uśmiechnęłam się pod nosem i cicho wyszłam z biblioteki. Dziewczyny nie zwróciły na mnie uwagi. Szybkim krokiem poszłam do jednej z nieużywanych sal. Tam wybuchłam głośnym śmiechem. Byłam pewna, że Gryfonka myśli, że Malfoy uważa ją tylko za głupią szlamę, za to Dracon myślał, że według Granger jest tylko zapatrzonym w siebie idiotą. Tak, to bardzo mnie rozbawiło. Nie wiem czemu, może oszalałam?
Poszłam do salonu wspólnego Ślizgonów. Za kilka dni zamierzałam opowiedzieć blondynowi o podsłuchanej rozmowie. Draco się ucieszy.
____________________________

Niezbyt długi ten rozdział. Mam nadzieję, że wybaczycie :)
Chciałam was zaprosić na mojego nowego bloga o Huncwotach. Może się wam spodoba.
Pozdrawiam cieplutko
Hermiona

niedziela, 28 października 2012

ROZDZIAŁ 14

-No dobra, dawaj tą durną pracę –powiedziałam do Freda z rezygnacją. Chłopak od ponad godziny błagał mnie, abym poprawiła jego zadanie domowe z eliksirów. 
Rudzielec wstał i uśmiechnął się szeroko.
-Wiedziałem, że się zgodzisz, Hermiono.
Popatrzyłam na niego spode łba. Wzięłam do ręki pióro i zaczęłam czytać jego pracę. Co chwilę się uśmiechałam. Błędów było mnóstwo, ale dla osoby nie wiedzącej co to Kamień Koralowca brzmiałoby to bardzo sensownie. Jednak nie dla mnie.
-Masz –powiedziałam po piętnastu minutach do Freda, podając mu pergamin.
-Dzięki Hermiono –odparł chłopak z uśmiechem.
Wstałam i przeszłam przez dziurę pod portretem. Szłam do swojego dormitorium, które dzieliłam z Malfoyem. Nigdy się do siebie nie odzywaliśmy. Może nawet i lepiej, że nie. Nasz kontakt ograniczał się do mruknięcia „Cześć” tak cicho, żeby nie było tego słychać. 
Cała sprawa pogorszyła się jakiś tydzień temu. Wtedy zaczęłam się spotykać z Fredem. Miałam nadzieję, że mało osób będzie o tym wiedziało, a najlepiej nikt. Jednak już następnego dnia cała szkoła wiedziała, że Hermiona Granger chodzi ze starszym bratem swojego byłego chłopaka. Kiedy Ron się o tym dowiedział, zaczął mnie unikać, Ginny nie skomentowała sprawy, George się ucieszył, że będzie mógł zgapić zadania od brata, któremu będę je poprawiać. Harry milczał. Nie zdziwiło mnie to, w końcu jest przyjacielem Ronalda. Jednak najgorsze jest to, że od tego momentu Malfoy zaczął traktować mnie jak powietrze, jakbym była niewidzialna. To chyba jeszcze gorsze niż gdyby ciągle się ze mnie naśmiewał. Zdecydowanie wolę być szlamą niż nikim.
Sytuacja w jakiej się znalazłam jest delikatnie mówiąc trudna. Nie mam pojęcia czy kocham Freda. Wiem, że bardziej zależy mi na Malfoyu, ale to nic nie zmienia. Wiele razy próbowałam pogadać o tym z Ginny, ale nie potrafiłam. Za każdym razem rezygnowałam w ostatniej chwili.
Z każdym dniem problem rósł. Nieliczoną ilość razy przyłapałam się na gapieniu się na Dracona podczas posiłków czy lekcji. Kiedy Ślizgoni mieli treningi quiditcha, zawsze byłam wtedy na dworze.
Stanęłam przed gargulcem, który odskoczył ukazując mi wejście do pokoju wspólnego. Ledwo przekroczyłam próg, skierowałam się do dormitorium. Zatrzasnęłam drzwi i rzuciłam się na łóżko.
***
Wracałem do zamku. Byłem zmęczony po ciężkim treningu. Dzisiaj moja drużyna zrobiła kawał dobrej roboty. Przekroczyłem przez ogromne wrota i poszedłem do Wielkiej Sali na kolację. Usiadłem koło Zabiniego.
-Jak tam na treningu, Smoku? –zapytał od razu Blaise.
-Przecież widziałeś –odparłem. Kiedy z góry obserwowałem zawodników, zobaczyłem przyjaciela jak stał i przyglądał się grze, a dokładniej jednej osobie.
-Jak oceniasz grę Ariadne? –spytałem chłopaka. –Przyglądałeś się jej przez dwie godziny, na pewno masz jakieś zdanie na temat jej umiejętności.
Mówiąc to, uważnie obserwowałem Blaisea, który nieskutecznie próbował ukryć swoje zakłopotanie.
-Mówicie o mnie? –zapytała Green, nagle pojawiając się przy stole. Spojrzałem na nią. W ogóle nie było widać, że przez chwilą była na treningu.
Dziewczyna patrzyła to na mnie, to na Zabiniego. Nie doczekała się odpowiedzi.
-Jak nie chcecie, to nie mówcie. Skoro to tajemnica.
Usiadła obok mnie. Spokojnie nałożyła sobie górę jedzenia. Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem. Ariadne odwróciła głowę w moją stronę.
-No co? –spytała, widząc moją minę. –Też muszę coś jeść. To i tak mało.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową i wróciłem do jedzenia kolacji. Zabini wstał.
-Ja już pójdę –powiedział do mnie i prawie biegiem ruszył w stronę wyjścia z Sali. Uśmiechnąłem się lekko.
-Przez ciebie nie będę mógł normalnie pogadać z przyjacielem –zwróciłem się do siedzącej obok mnie dziewczyny.
-To wiesz jak mam na co dzień –odparła Ariadne.
-Naprawdę Parkions cały czas o mnie gada?
Green kiwnęła głową.
-Albo pyta się mnie czy moim zdaniem ta sukienka się tobie spodoba, albo przedstawia mi swoje tysiąc sposobów na poderwanie Dracona Malfoya. Mam tego dosyć.
Dziewczyna spojrzała na mnie.
-Zapewne Blaise tak nie ma.
Ona się o to nie zapytała. To było stwierdzenie.
Kiwnąłem głową.
-Za to ciągle się na ciebie gapi. Jak idiota –powiedziałem.
-Tak jak na ciebie Granger –odparła Ariadne. Zerknąłem w stronę stołu Gryfonów. Brązowowłosa siedziała obok Wiewióry i jednego z bliźniaków.
-Który z Weasleyów nie ma ucha? –zapytałem Green.
-George –odpowiedziała bez wachania.
-On się na ciebie patrzy.
-No i co z tego?
-Nic, tak tylko mówię.
Zapadła cisza. Po chwili odezwała się Ślizgonka.
-Zresztą…. Dziwisz mu się? –zapytała z uśmiechem. Zaśmiałem się cicho.
Wstałem i poszedłem do dormitorium. Usiadłem na kanapie. Granger już od tygodnia chodziła z Weasleyem, a ja wciąż nie potrafiłem się z tym w pełni pogodzić. Co ona w nim widzi? Przypomniało mi się co było napisane w jej pamiętniku. Cały czas chodzę rozkojarzona. Czy chodziło o Freda Weasleya? Zapragnąłem dowiedzieć się co było napisane dalej. Dziewczyny jeszcze nie było.
Podszedłem do drzwi od jej dormitorium i nacisnąłem klamkę. Drzwi ani drgnęły.
-Alohomora –mruknąłem cicho i znów spróbowałem otworzyć drzwi. Nie udało się. Najwidoczniej Granger przewidziała taką sytuację i użyła jakiś zaklęć ochronnych. Uderzyłem pięścią w drzwi.
Nie wiem ile tak stałem. Po co mi ta informacja? Co mnie obchodzi ta szlama? Nie potrafiłem odpowiedzieć na te pytania. Może nie chciałem znać na nie odpowiedzi. Nagle usłyszałem ciche kroki dochodzące z korytarza. Szybko wszedłem do swojego dormitorium i zamknąłem drzwi. Po chwili usłyszałem głośne trzaśnięcie. Oparłem się o drzwi. Jeszcze przede mną cały rok zmagań z Granger. W tej chwili nie mogłem doczekać się świąt.

niedziela, 21 października 2012

ROZDZIAŁ 13

-Pamiętajcie aby do wywaru dodać tylko trzy płatki Koralii Brazylijskiej. Nie więcej!
Po klasie rozszedł się dudniący głos profesora Slughorna. Lekcja eliksirów dobiegała końca. Wszyscy uczniowie pochylali się nad swoimi kociołkami i gorączkowo mieszali ich zawartość. Po raz ostatni przemieszałam wywar pięć razy w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara.
-Czas się skończył! –zawołał dźwięcznie profesor Slughorn. Nauczyciel z uśmiechem zaczął przechadzać się po klasie.
-Panie Malfoy, proszę uważniej czytać instrukcję. W trzecim podpunkcie wyraźnie napisałem, że trzeba dodać dwa liście jadowitej tentakuli, a nie jeden.
Odwróciłam głowę w stronę Ślizgona. Nad jego wywarem unosiła się ciemnozielona para. Chłopak popatrzył się w moją stronę. Szybko odwróciłam wzrok.
-Panie Potter, w ostatniej fazie przygotowań zbyt słabo podgrzał pan eliksir. Dlatego ma on taki żółty kolor –powiedział nauczyciel do Harry’ego z lekkim niezadowoleniem w głosie. W szóstej klasie uważał, że Chłopiec Który Przeżył jest jego najlepszym uczniem, bo odziedziczył zdolności po swojej matce. Jednak nie wiedział, że jego sukcesy były zasługą Księcia Półkrwi. Bez jego książki nie odnosił tak wielkich sukcesów.
Nauczyciel podszedł do mnie i nachylił się nad moim kociołkiem.
-Brawo, panno Granger! Idealny Wywar Gorączkowy! Rzadko spotyka się uczniów potrafiących uwarzyć ten eliksir! Jeden mały błąd i zamiast ukojenia w bólu i zdrowia będziecie mieli prawie pewną śmierć. Dlatego daję trzydzieści punktów dla Gryffindoru.
Spojrzałam w stronę Ślizgonów i lekko uniosłam głowę.
-Na następną lekcję macie zrobić pracę na temat Koralii Brazylijskiej. Na trzy stopy pergaminu. Możecie iść.
Wszyscy, w niezbyt dobrych nastrojach, opuścili loch.
-Wiedziałem, że jak zwykle coś zawalę –powiedział z żalem Harry, idąc do sali obrony przed czarną magią.
-Och, nie martw się. I tak bardzo się poprawiłeś –odparłam z lekkim zniecierpliwieniem w głosie. Nie lubię słuchać jak ktoś narzeka.
-Ej, Granger! –usłyszałam za sobą czyjś głos. Odwróciłam się. Te słowa wypowiedział nie kto inny jak Draco Malfoy. W ręce trzymał małą książeczkę, oprawioną bordową skórą. Wyglądała dziwnie znajomo.
-Czy to nie twoje?
Wtedy rozpoznałam ów przedmiot. Blondyn otworzył zeszyt.
-To chyba pamiętnik. Może poczytamy o rozmyślaniach naszej drogiej szlamy?
-Oddawaj to Malfoy! –powiedziałam, jednocześnie robiąc krok w jego stronę. Zrobiłam przy tym groźną minę.
-Niby czemu? –zapytał chłopak. –Czyżbyś coś ukrywała?
Spojrzał na jedną ze stron i zaczął czytać.
-Już nie mogę się doczekać pierwszego września. Wtedy zaczyna się szkoła. Znów spotkam się z przyjaciółmi. To za tydzień, ale nie jestem pewna czy wytrzymam. Jednak ostatnio dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie mogę się na niczym skupić. Wciąż chodzę rozkojarzona.
Malfoy popatrzył na mnie i lekko uniósł brwi.
-Czyżbyś się zakochała Granger? Ciekawe w kim.
Część Ślizgonów zarechotała głośno. Chłopak nie zwrócił na to uwagi. Zamierzał kontynuować czytanie. Jednak nikt nie może się dowiedzieć co jest napisane na następnej stronie. Nikt.
Wyjęłam różdżkę z kieszeni i wycelowałam w blondyna. Drętwota powiedziałam w myślach. Czerwony strumień światła poleciał w stronę Ślizgona. Malfoy był na to przygotowany, bo zrobił szybki unik. Podeszłam do niego. Chłopak odwrócił głowę w moją stronę.
-Całkiem nieźle Granger.
Wyrwałam mu z rąk pamiętnik. Przez chwilę ze złością patrzyłam mu prosto w oczy. Odwróciłam się i stanęłam obok Harry’ego.
-Chodźmy stąd –powiedziałam cicho i ruszyłam przed siebie odprowadzana wieloma spojrzeniami.
W drodze do klasy Harry milczał. Wiedział, że nie mam ochoty na rozmowę. Cały czas byłam zła. Na Malfoya oczywiście. Jeszcze kilka słów i cała szkoła dowiedziałaby się o moim najgłębiej skrywanym sekrecie.
***
-To idiotyczne –mruknąłem, zamykając wielką księgę „Magiczne Rośliny i Ich Właściwości”. Siedziałem w bibliotece i próbowałem zrobić zadanie dla Slughorna. Jak ten facet mógł nam zadać pracę na trzy stopy pergaminu?
-Nadal robisz to zadanie? –spytała Ariadne ze śmiechem. Trzymała kilka grubych książek.
-Po co ci to? –zapytałem, wskazując grube tomy w jej dłoniach.
-Bo muszę… A co cię to obchodzi, co? Lepiej odpowiedz na moje pytanie. Naprawdę nie potrafisz tego zrobić? Przecież to proste.
Uniosłem lekko brwi.
-Naprawdę? –zapytałem ze złością w głosie. Dziewczyna uśmiechnęła się i usiadła naprzeciwko mnie. Złapała leżącą przede mną książkę i otworzyła na jakiejś stronie.
-Tutaj masz wszystko –powiedziała wskazując tekst. Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem.
-Ja mam to przeczytać?
Ariadne westchnęła cicho. Zamknęła książkę z hukiem.
-Kornalia Brazylijska, jak sama nazwa wskazuje, występuje na terenach Brazylii i południowo –wschodniej Kolumbii. Jest to bardzo rzadko spotykana roślina. Ma wiele właściwości leczniczych. Skutecznie zwalcza jad bazyliszka. Jej korzenie i płatki są wykorzystywane do sporządzania wielu eliksirów. Wykorzystuje się ją do robienia jednego z najgroźniejszych eliksirów Amortensji, najsilniejszego eliksiru miłosnego na świecie, oraz Inceptusa, eliksiru wywołującego silne tortury psychiczne. Stosowany przez Lorda Voldemorta w czasach jego największej władzy.
Ślizgonka popatrzyła na mnie.
-Zapisuj to.
-Ale serio? To wszystko to prawda? –zapytałem ze zdumieniem.
-Nie, wymyśliłam to sobie –powiedziała Ariadne z ironią w głosie. –Zapiszesz to czy gadałam na marne?
Wziąłem pióro do ręki. Wraz z pomocą dziewczyny szybko skończyłem zadanie.
-I właśnie dlatego Koralia Brazylijska jest jedną z najbardziej pożądanych roślin na świecie. Masz wszystko?
-Chyba tak.
-No to lecimy na trening. Zaczyna się za pięć minut.
Pobiegłem do dormitorium po miotłę i poszedłem na boisko. Cała drużyna już czekała.
-Dobra. Od dzisiaj ćwiczymy ostro. Pokonamy Gryfonów i zdobędziemy puchar.
Wyszliśmy na boisko.
-Najpierw poćwiczymy szybkie podania.
Wyjąłem kafla i rzuciłem do Puceya. Ten do Ariadne, ona do Vaiseya. Kazałem im poćwiczyć rzuty do pętli. Wzniosłem się na miotle i rozejrzałem wokół. Moja drużyna świetnie sobie radziła. Bez wątpienia Gryfoni nie mają żadnych szans.
____________________________

Znowu rozdział nie jest zbyt długi, ale mam nadzieję, że się podoba. Wiem, że nia ma zbyt wielu bezpośrednch akcji między Hermioną a Draconem, ale dopiero minął ich pierwszy tydzień w Hogwarcie. Mam nadzieję, że nie zniechęcicie się przez to do boga.
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze.
Pozdrawiam
Hermiona