poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Witajcie. Chciałam życzyć wszystkim wesołyh i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, wspaniałych pierogów i mnóstwa prezentów. niech przyniesie je wam św. Mikołaj czy ktoś inny i niech będą takie o jakich marzyliście. Życzę wam weny, mnóstwa odwiedzin, wspaniałych pomysłów i miłych komentarzy!

Nie wiem czy zdołam dodać jeszcze w tym roku notkę, bo po jutrze wyjeżdżam. Życzę więc od razu Szczęśliwego Nowego Roku! Najprawdopodobniej widzimy się dopiero w styczniu. Niestety.

Jeszcze raz wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku życzy wam
Hermiona :D

P.S. Zapraszam na podstronkę O autorce. Możecie tam zadawać mi różne pytania i się czegoś o mnie dowiedzieć

czwartek, 13 grudnia 2012

ROZDZIAŁ 20

Przepraszam za opóźnienie, ale nie miałam zbytnio czasu i możliwości do napisania tego.
_____________________________

Kiedy tylko transmutacja się skończyła, pospiesznie opuściłam klasę. Wręcz z niej wybiegłam.
-Hermiono! –usłyszałam za sobą czyjś krzyk. Odwróciłam się, a pierwsze co zobaczyłam to ruda czupryna.
-Hermiono, czego od ciebie chciał Malfoy? Wtedy na lekcji? –spytał Fred, patrząc na mnie. Na jego twarzy widać było zazdrość. Przez chwilę milczałam, nie wiedząc czy powiedzieć mu prawdę czy też skłamać. W końcu zdecydowałam się na to drugą opcję.
-Wkurzyć mnie chciał –powiedziałam wzburzonym głosem, udają, że powstrzymuję się od wybuchu. –I mu się cholera udało!
To ostatnie zdanie wykrzyczałam na cały korytarz. Udawałam zezłoszczoną i chyba całkiem nieźle mi to szło. Fred tylko na mnie spojrzał swoimi zielonymi oczami. Po chwili podszedł do mnie i mocno przytulił.
-Wierzę ci –powiedział z ufnością, a ja poczułam wstyd, że go okłamuję. Tylko zacisnęłam zęby. Nie chciałam, żeby niepotrzebnie się denerwował.
-Przyjdziesz dzisiaj na mój trening? –spytał Fred po chwili milczenia.
-Przyjdę –odparłam z rezygnacją. Na twarzy rudzielca pojawił się piękny, łobuzerski uśmiech. Z radością go odwzajemniłam. Przynajmniej jest szczęśliwy. Chociaż to jedno.
Chłopak nagle przyciągnął mnie do siebie i pocałował w usta. Przez chwilę trwałam tak, a nic wokół mnie się nie liczyło. Byłam tylko ja i Fred. Czułam na sobie dotyk jego miękkich ust, jego dłoń we swoich włosach. Mogłabym tak trwać i trwać, ale delikatnie się odsunęłam od rudzielca.
-Za chwilę zacznie się obrona przed czarną magią –powiedziałam do chłopaka. –Musimy iść –uśmiechnęłam się do Weasleya smutno. Ten wziął mnie za rękę i spojrzał w moje orzechowe oczy.
-No to chodźmy –powiedział i pociągnął mnie w stronę sali.
Lekcja zaczęła się w miarę normalnie. Profesorka wpuściła nas do sali, a sama stanęła przy biurku.
-Dziś zajmiemy się najgorszymi dziedzinami czarnej magii. Wielu znakomitych czarodziejów od wieków zadawało sobie jedno i to samo pytanie. Jak osiągnąć nieśmiertelność?
Nauczycielka rozejrzała się po sali. Uczniowie zaczęli nagle słuchać jej słów z wielką uwagą.
-Macie może jakieś propozycje? –spytała z zachęcającym uśmiechem. Moja ręka wystrzeliła w górę z zadziwiającą szybkością, ale Sanchez to zignorowała. Zdąrzyła się przyzwyczaić, że znam opowiedź na każde pytanie nauczycielki.
-Tak panno Patil?
-Kamień filozoficzny –odpowiedziała Parvati bez wahania. Nauczycielka uśmiechnęła się do niej.
-Bardzo dobrze. Kamień filozoficzny. W całej znanej nam historii tylko Nicolasowi Flamelowi udało się go stworzyć, ale i tak został on zniszczony ponad sześć lat temu. Inne pomysły?
Zobaczyłam, że Harry niepewnie podniósł dłoń. To właśnie jego wskazała Sanchez do odpowiedzi mimo, że moja ręka już od dawna sterczała w górze.
-Insygnia Śmierci –powiedział Harry. Myślałam, że powie coś innego, poda inną nazwę, ale się myliłam.
-Dobrze panie Potter, ale tutaj wchodzimy tylko w strefę domysłów i wyobrażeń. Osobiście jestem  zdania, że te przedmioty istnieją, ale nie jestem pewna czy naprawdę dają nieśmiertelność. Może jeszcze jakieś pomysły?
Znowu podniosłam rękę.
-Daj sobie spokój, Granger –usłyszałam lodowaty głos z boku. –I tak cię nie zapyta.
-Zamknij się, Malfoy.
Ale jakby na potwierdzenie jego słów Sanchez powiedziała:
-Tak panno Green?
-Horkruksy –odpowiedziała wywołana. Otworzyłam szerzej oczy. Nie spodziewałam się tego po Ariadne, no i nie sądziłam, że jeszcze jacyś uczniowie wiedzą o tym. W końcu jest to temat ZAKAZANY.
-Dokładnie. Horkruksy. Czekałam aż ktoś to powie. I to właśnie jest tematem naszej dzisiejszej lekcji. A więc, panno Green, na pewno wiesz co to są horkruksy –zwróciła się do niej nauczycielka.
-Oczywiście –odparła bez wahania Ariadne. –Horkruksy to…
-Przepraszam bardzo –przerwałam nieśmiało wypowiedź dziewczyny. –Ale czy horkruksy nie  są tematem ZAKAZANYM? –spytałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-Ależ oczywiście panno Granger –Sanchez  potwierdziła moje słowa. –Ale czasy się zmieniły i profesor McGonagall stwierdziła, że powinniście posiadać przynajmniej podstawową wiedzę na ich temat. Proszę kontynuować –to ostatnie było skierowane oczywiście do Ariadne.
-Horkruksy to przedmioty w których, za pomocą zaklęcia, została ukryta cząstka duszy czarodzieja. Dopóki taki przedmiot istnieje, nie można zabić danej osoby do której ta cząstka duszy należy. Takie horkruksy nie jest łatwo zniszczyć. Działają na nie wyjątkowo rzadkie trucizny jak, chociażby, jad bazyliszka czy kobry wegańskiej. Istnieją też zaklęcia za pomocą których można zniszczyć horkruksa. Jednym z tych zaklęć jest Szatańska Pożoga i Całun Śmierci.
-Bardzo dobrze panno Green. Slytherin dostaje dwadzieścia punktów.
Zacisnęłam ręce ze złości. To ja chciałam zdobyć te punkty. Kątem oka zauważyłam, że George patrzy się na Green z uśmiechem, a Ariadne go odwzajemnia. Zacisnęłam tylko usta i przeniosłam wzrok na nauczycielkę.
-Co powinniście wiedzieć o horkruksach? Że są one bardzo NIEBEZPIECZNE. Kiedy jakaś osoba zbliża się do takiego przedmiotu, może on czerpać z niej energię, wysysać życie z danej istoty, a samemu stawać się silniejszym, a nawet stworzyc własne ciało. Nie chodzi tu o kontakt fizyczny –powiedziała szybko Sanchez, widząc jak niektórzy otwierają usta. –Tu chodzi o kontakt duchowy. Jeśli w dany przedmiot przelejemy nasze słabości, nasze wspomnienia, to może on przejąć kontrolę nad naszym umysłem. Cząstka duszy żyjąca w przedmiocie będzie nami kierowała, opęta nasz umysł. Lord Voldemort używał horkruksów i jako jedyny stworzył ich aż osiem. Jeden przypadkowo. Liczę je łącznie z kawałkiem w jego ciele, tak dla ścisłości.
Słuchałam tej wypowiedzi tylko z przyzwyczajenia. Wszystko to wiedziała doskonale.
-A jakie przedmioty były horkruksami Voldemorta? –spytała bliżej nieokreślona osoba.
-Myślę, że z tym pytaniem śmiało możecie kierować się do pana Harry’ego Pottera, Ronalda Weasleya i panny Hermiony Granger.
Twarze wszystkich uczniów zwróciły się w naszą stronę.
-Ale mogę wam to powiedzieć. O szczegóły dopytacie się na przerwie, nie teraz –powiedziała nauczycielka, słysząc szepty. –Horkruksami Lorda Voldemorta był stary dziennik, jego wąż, Nagini, pierścień jego dziadka, Marvola Gnauta, złota czarka Helgi Huffelpuff, naszyjnik Salazara Slytherina, zaginiony diadem Roveny Ravenclow i… Harry Potter.
Ostatnie słowa wywołały istny harmider. Rozpoczęły się żywe dyskusje na ten temat, ale Sanchez skutecznie wszystkich uciszyła.

Był wieczór, a ja leżałam na łóżku w swoim dormitorium i myślałam. O czym? O całym dzisiejszym dniu. O treningu quidditcha, o Fredzie wspaniale latającym na miotle i z niesamowitą siłą odbijającym tłuczki. O naszym dzisiejszym pocałunku. Jednak najbardziej zastanawiało mnie zdanie, które wypowiedział Malfoy. „Jesteś całkiem niezła jak na szlamę”. O co mu chodziło? O to, że świetnie czaruję? A może o wygląd? Nie, to jakiś absurd. Malfoy na pewno nie miał na myśli wyglądu. Ale im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym większe mnie ogarniały wątpliwości. Bo jeśli jednak chciał powiedzieć, że jestem ładna? Granger, opanuj się, to przecież Draco Malfoy, on nigdy nie myśli o tobie miło! Z jednym wyjątkiem.
Wzdycham i wywracam oczami. Coraz bardziej przypominam te wszystkie idiotki co tylko myślą o wyglądzie i latają za chłopakami. Ale mimo wszystko jednego jestem pewna. Draco Malfoy po raz pierwszy w życiu powiedział mi komplement.
***
Kiedy tylko lekcja się skończyła, Granger wyleciała z sali transmutacji jakby ją ktoś gonił. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem. Nie trudno było zauważyć, że coś, albo ktoś, wyprowadził dziewczynę z równowagi. A najlepsze w tym wszystkim było to, że tym kimś byłem właśnie ja, Draco Malfoy.
-Smoku, wiesz co się stało naszej drogiej szlamie? –spytał mnie Zabini zaraz po lekcji.
-Skąd ja mam niby to wiedzieć? –zapytałem go, udając zdziwienie.
-No wiesz –zaczął Ślizgon z uśmiechem. –Widziałem waszą rozmowę.
Popatrzyłem na niego z rozbawieniem.
-Nie no, Blaise, nie myślisz chyba, że mi się podoba ta głupia szlama? –spytałem go, chociaż sam nie byłem do końca pewny odpowiedzi. Przynajmniej sobie wmawiałem, że tak nie jest.
-Wcale nie mówiłem, że ci się podoba –odparł szybko chłopak i uniósł dłonie w geście obrony. –Tylko, że Granger coś się zmieniła ostatnie. Wyładniała i zaczęła się normalniej ubierać. Aż sam zwróciłem na to uwagę.
W duchu przyznałem rację Zabiniemu. Sam wiele razy myślałem o zmianach jakie zaszły w Gryfonce. Nie tylko tych zewnętrznych, ale również zmianach w psychice. Nagle z tej wiecznie kogoś upominającej i ciągle narzekającej pani prefekt, stała się normalną w miarę wyluzowaną dziewczyną. Było to tak zadziwiające, że nie było opcji nie zauważyć tych zmian. A co do wyglądu. Hermiona Granger po prostu dojrzała.
Wraz z Zabinim skręciliśmy w korytarz prowadzący do sali od obrony przed czarną magią. To właśnie miała być nasza następna lekcja. Stanęliśmy przed drzwiami wśród tłumu innych uczniów. Wrota się otworzyły i stanęła w nich profesorka.
-Wejdźcie –powiedziała z uśmiechem. Uczniowie niechętnie przekroczyli próg i zajęli swoje miejsca. Powlokłem się do jednej z ławek i usiadłem koło Granger. czułem, że ta lekcja do najprzyjemniejszych należeć nie będzie.
-Dziś zajmiemy się najgorszymi dziedzinami czarnej magii. Wielu znakomitych czarodziejów od wieków zadawało sobie jedno i to samo pytanie. Jak osiągnąć nieśmiertelność?
Nauczycielka rozejrzała się po sali. Uczniowie zaczęli nagle słuchać jej słów z wielką uwagą.
-Macie może jakieś propozycje? –spytała z zachęcającym uśmiechem. Ręka siedzącej obok mnie Granger wystrzeliła w górę z zadziwiającą szybkością, ale Sanchez to zignorowała. Wolała zapytać inne osoby.
-Tak panno Patil?
-Kamień filozoficzny –odpowiedziała Parvati bez wahania. Nauczycielka uśmiechnęła się do niej.
-Bardzo dobrze. Kamień filozoficzny. W całej znanej nam historii tylko Nicolasowi Flamelowi udało się go stworzyć, ale i tak został on zniszczony ponad sześć lat temu. Inne pomysły?
Zobaczyłem, że Potter niepewnie podniósł dłoń. Uniosłem brwi. Co on może wiedzieć o nieśmiertelności?
-Insygnia Śmierci –powiedział Harry. Tylko czym do cholery są te insygnia?!
-Dobrze panie Potter, ale tutaj wchodzimy tylko w strefę domysłów i wyobrażeń. Osobiście jestem  zdania, że te przedmioty istnieją, ale nie jestem pewna czy naprawdę dają nieśmiertelność. Może jeszcze jakieś pomysły?
Granger znowu podniosła rękę z nadzieją, że ją teraz zapyta nauczycielka.
-Daj sobie spokój, Granger –mruknąłem lodowato. –I tak cię nie zapyta.
-Zamknij się, Malfoy.
Ale jakby na potwierdzenie moich słów Sanchez powiedziała:
-Tak panno Green?
-Horkruksy –odpowiedziała wywołana. Otworzyłem szerzej oczy. Że co?! Jakie horkru… Co to w ogóle jest?
-Dokładnie. Horkruksy. Czekałam aż ktoś to powie. I to właśnie jest tematem naszej dzisiejszej lekcji. A więc, panno Green, na pewno wiesz co to są horkruksy –zwróciła się do niej nauczycielka.
-Oczywiście –odparła bez wahania Ariadne. –Horkruksy to…
-Przepraszam bardzo –Hermiona przerwała nieśmiało wypowiedź dziewczyny. –Ale czy horkruksy nie  są tematem ZAKAZANYM? –spytała, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-Ależ oczywiście panno Granger –Sanchez  potwierdziła tylko słowa Gryfonki. –Ale czasy się zmieniły i profesor McGonagall stwierdziła, że powinniście posiadać przynajmniej podstawową wiedzę na ich temat. Proszę kontynuować –to ostatnie było skierowane oczywiście do Ariadne.
-Horkruksy to przedmioty w których, za pomocą zaklęcia, została ukryta cząstka duszy czarodzieja. Dopóki taki przedmiot istnieje, nie można zabić danej osoby do której ta cząstka duszy należy. Takie horkruksy nie jest łatwo zniszczyć. Działają na nie wyjątkowo rzadkie trucizny jak, chociażby, jad bazyliszka czy kobry wegańskiej. Istnieją też zaklęcia za pomocą których można zniszczyć horkruksa. Jednym z tych zaklęć jest Szatańska Pożoga i Całun Śmierci.
-Bardzo dobrze panno Green. Slytherin dostaje dwadzieścia punktów.
Zobaczyłem, że Granger zacisnęła pięści ze złości. Zaśmiałem się cicho.
-Co powinniście wiedzieć o horkruksach? Że są one bardzo NIEBEZPIECZNE. Kiedy jakaś osoba zbliża się do takiego przedmiotu, może on czerpać z niej energię, wysysać życie z danej istoty, a samemu stawać się silniejszym, a nawet stworzyc własne ciało. Nie chodzi tu o kontakt fizyczny –powiedziała szybko Sanchez, widząc jak niektórzy otwierają usta. –Tu chodzi o kontakt duchowy. Jeśli w dany przedmiot przelejemy nasze słabości, nasze wspomnienia, to może on przejąć kontrolę nad naszym umysłem. Cząstka duszy żyjąca w przedmiocie będzie nami kierowała, opęta nasz umysł. Lord Voldemort używał horkruksów i jako jedyny stworzył ich aż osiem. Jeden przypadkowo. Liczę je łącznie z kawałkiem w jego ciele, tak dla ścisłości.
Ziewnąłem szeroko. Co za nudy.
-A jakie przedmioty były horkruksami Voldemorta? –spytała bliżej nieokreślona osoba. Podniosłem głowę. Dobre pytanie.
-Myślę, że z tym pytaniem śmiało możecie kierować się do pana Harry’ego Pottera, Ronalda Weasleya i panny Hermiony Granger.
Twarze wszystkich uczniów zwróciły się w ich stronę. Prawie wszystkie.
-Ale mogę wam to powiedzieć. O szczegóły dopytacie się na przerwie, nie teraz –powiedziała nauczycielka, słysząc szepty. –Horkruksami Lorda Voldemorta był stary dziennik, jego wąż, Nagini, pierścień jego dziadka, Marvola Gnauta, złota czarka Helgi Huffelpuff, naszyjnik Salazara Slytherina, zaginiony diadem Roveny Ravenclow i… Harry Potter.
Na te ostatnie słowa lekko się podniosłem. Tylko, że Sanchez nie chciała powiedzieć nic więcej na ten temat. Położyłem się na podręczniku i myślałem o nadchodzącym meczu quidditcha.

Po lekcji powoli wstałem i się spakowałem. Wraz z Zabinim wyszedłem z sali. Podczas wywodu Sanchez na temat tych horkrucośtam zapadłem w drzemkę i byłem nie do końca przytomny.
-Co myślisz o tych całych horkruksach? –spytał mnie Blaise, kiedy wyszliśmy z sali. Spojrzałem na niego z głupim wyrazem twarzy. Tak naprawdę nie miałem pojęcia co przed chwią powiedział.
-Stary –odezwałem się sennym głosem. –Ja w ogóle nie myślę. Nie wyspałem się.
-Co, lekcja za krótka? –zapytał Zabini z uśmiechem.
-O kilka godzin za krótka –odparłem, ziewając.
Nagle stanąłem jak wryty. To co zobaczyłem zadziałało jak kubeł zimnej wody.
-Co się stało? –spytał od razu Blaise.
-Czy ja mam zwidy, czy tam stoi Ariadne i gada z Weasleyem? –spytałem niezbyt pewnie. Byłem pewny, że to zwidy, z powodu niewyspania.
Zabini odwrócił się we wskazywaną stronę i zaklnął głośno.
-Mówiłeś serio –powiedział, a na jego twarzy widać było wielkie zdziwienie. Pod ścianą stała Ariadne i z uśmiechem rozmawiała z Georgem Weasleyem.
-Ja już sobie pójdę –powiedział Blaise ze złością. Nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Podszedłem do brunetki.
-Możemy pogadać? –spytałem ją. W odpowiedzi Green tylko kiwnęła głową.
-Zobaczymy się później –powiedziała jeszcze do Georgea i odeszła.
-Co ty robisz?! Zapytałem ją, gdy tylko rudzielec zniknął mi z oczu.
-To gadanie jest już zabronione? –spytała niezbyt miło dziewczyna.
-Nie twierdzę, że jest, ale akurat z NIM?!
Ariadne tylko westchnęła i spojrzała w bok. Przez chwilę milczała, a kiedy przemówiła głos miała spokojny, ale lekko zniecierpliwiony.
-To chcesz wiedzieć jaką mają taktykę czy nie?
______________________________

Dziś trochę tego jest :D
Pozdrawiam

poniedziałek, 3 grudnia 2012

ROZDZIAŁ 19

Bardzo przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale przechodziłam przez mały jesienny kryzys. Pomysł na rozdział miałam, ale nie potrafiłam tego napisać. Więc proszę, wybaczcie mi to, błagam!
_________________________________

Siedziałam w Wielkiej Sali przy stole Gryffindoru. Jedną ręką podpierałam głowę, drugą grzebałam widelcem w talerzu. Byłam tak śpiąca, że nie miałam nawet siły jeść. W nocy nie mogłam zasnąć. Kiedy tylko mi się to udało, obudziłam się ze strasznego koszmaru, zlana potem i przerażona. Ręce mi się trzęsły, nie potrafiłam się uspokoić. Sen już zapomniałam. Na szczęście.
-Cześć Miona.
Powoli uniosłam głowę i odwróciłam się.
-Cześć Harry –powiedziałam cicho, ziewając. Chłopak usiadł koło mnie. Zauważyłam, że ma bardzo ponury nastrój.
-Rozmawiałeś z Ginny? –spytałam go. Przez chwilę chłopak nie odpowiadał.
-Rozmawiałem –powiedział w końcu.
-Iii?
Zapanowała cisza. Wpatrywałam się w Pottera, oczekując odpowiedzi. Kiedy minęła minuta, a chłopak wciąż nic nie mówił, zaczęłam się niepokoić.
-Harry?
-I nic Hermiono! Nic! –wybuchł brunet. –Ona nawet nie chciała mnie wysłuchać. Powiedziała, że nie potrzebuje moich przeprosin.
Harry ukrył twarz w dłoniach. Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem. Byłam w szoku. Nie, to niemożliwe! Przecież jeszcze dwa dni temu Ginny była załamana, bo Harry się nie zjawił, a teraz? Tak po prostu odrzuca jego przeprosiny? Nie, to nie może być prawdą.
Otworzyłam usta żeby coś powiedzieć. Wtedy do Wielkiej Sali weszła rudowłosa dziewczyna. Kiedy zobaczyła mnie i Harry’ego, odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Wstałam i szybko ją dogoniłam.
-Ginny, poczekaj! –zawołałam. Dziewczyna się dowróciła. –Ginny, coś ty zrobiła? –spytałam ją, kiedy byłam obok niej. Po minie Rudej wiedziałam, że nie ma ochoty rozmawiać na ten temat. –Ginny, odpowiedz mi!
-Ja nie wiem Hermiono co ja zrobiłam! –krzyknęła po chwili. –Nie wiem! Ja nie chciałam tego powiedzieć. Sama byłam zdziwiona –Ginny na chwilę zamilkła. Ukryła twarz w dłoniach. –Jestem beznadziejna.
Popatrzyłam na przyjaciółkę ze współczuciem. Nie potrafiłam patrzeć jak cierpi.
-Nie martw się. Będzie dobrze.
Objęłam ją ramiem.
-Idź coś zjeść.
Ginny kiwnęła mi na zgodę i weszła do Wielkiej Sali. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. To trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby coś takiego się zdarzyło.
Poszłam do swojego dormitorium po książki i ruszyłam do sali od transmutacji. Ku mojemu zdziwieniu stał tam Harry. Był sam. Miałam ochotę do niego podejść, wytłumaczyć mu co się stało, ale wiedziałam, że tę sprawę Ginny musi załatwić sama.
Drzwi się otworzyły i stanęła w nich profesor McGonagall.
-Wejdźcie –powiedziała chłodno. Uczniowie bez słowa weszli do sali i zajęli miejsca.
-Dzisiaj zajmiemy się transmutacją ludzką. Teoria była już w szóstej klasie, więc sprawdzę co pamiętacie.
Wszyscy zaczęli się rozglądać po klasie. Chyba nikt oprócz mnie nie pamiętał materiału z poprzedniego roku.
-Jak brzmi pierwsza zasada Montekiego?
Moja wyćwiczona ręka wystrzeliła w górę z zadziwiającą prędkością. Reszta uczniów popatrzyła na mnie ze znudzeniem. Co roku lekcje wyglądały tak samo. To znaczy, że wszyscy czekali aż odpowiem nauczycielom na pytania.
-Tak panno Granger?
-Pierwsza zasada Montekiego mówi, że każdy przedmiot bądź zwierzę można przemienić tylko w coś o taki samo lub mniej złożonej budowie –wyrecytowałam z pamięci. –Ta zasada jest błędna –dodałam  po chwili.
-Dobrze. Pięć punktów dla Gryffindoru. Tak jak wspomniała panna Granger zasada ta została obalona. Jeden z najmądrzejszych czarodziejów czasów starożytnych, Dekracjusz, zamienił stół w krowę i tym samym zaprzeczył zasadzie ustanowionej przez Montekiego, bo według niego taki czyn był niemożliwy. Uczymy się tej zasady tylko dlatego, iż może się ona pojawić na OWUTEMach.
Wszyscy uczniowie popatrzyli się na siebie ponuro. Jestem pewna, że większość z nich w ogóle nie zna teorii transmutacji, a przecież to jest banalnie proste.
-Ale waszym zadaniem na tej lekcji jest zmiana własnej dłoni w szczypce raka. Nie jest to takie trudne, więc nie patrzcie tak na mnie. Do dzieła.
Od razu złapałam za różdżkę i zaczęłam ćwiczyć zaklęcie. Za piątym razem nastąpiła zmiana, bo moja dłoń nie przypominała już dłoni. Zamiast niej z ramienia wyrastały mi piękne, czerwone szczypce raka, takie jakie rysują w mugolskich bajkach dla dzieci.
-Proszę zobaczyć, pannie Granger się udało –odezwała się nauczycielka. Głowy wszystkich zebranych zwróciły się w moją stronę. –Brawo. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Uśmiechnęłam się lekko. Bardzo lubię gdy nauczyciele mnie chwalą. Pokazuje też wtedy wszystkim Ślizgonom, że pochodzenie jest nie ważne, że do czarowania trzeba mieć talent oraz być inteligentnym.
-Pewnie jesteś z siebie bardzo zadowolona, co Granger? –usłyszałam cichy głos po swojej lewej stronie. No tak, Draco.
-A żebyś wiedział, że tak, Malfoy –odparłam również szeptem. –W porównaniu do ciebie umiem rozróżnić jeden koniec różdżki od drugiego.
-No tak, bo Panna –Wszystko –Wiedząca –Granger jest świadoma tego jaka jest mądra i cudowna –powiedział złośliwie chłopak.
-Panie Malfoy, proszę nie gadać –upomniała blondyna nauczycielka. Draco natychmiast zamilkł, a ja tylko prychnęłam pogardliwie, jak to miałam w zwyczaju. Zajęłam się pracą.
Chciałam wyćwiczyć to zaklęcie do perfekcji, a do tego potrzebowałam się skupić. Na szczęście potrafiłam nie zwracać uwagi na otoczenie.
-Bo widzisz Granger –drgnęłam słysząc nagle męski głos tuż obok swojego ucha. –Jesteś całkiem niezła jak na szlamę.
Odwróciłam głowę w stronę Malfoya. Nie wiem czemu to zrobiłam. Może z przyzwyczajenia, a może dlatego, że zdziwiła mnie jego wypowiedź. Byłam w jeszcze większym szoku gdy zobaczyłam, że chłopak się uśmiecha. Nie tak złośliwie jak zawsze, ale bardziej… normalnie.
Popatrzyłam w jego stalowoszare oczy i cicho przełknęłam ślinę. Nasze twarze dzielił centymetr. Poczułam jak moje serce przyspiesza, a oddech staje się płytszy. Czułam się dziwnie. Miałam ochotę… pocałować Malfoya.
Trwałam tak przez kilka sekund. Opanuj się Hermiono rozkazal mi mój rozsądek. Szybko odwróciłam głowę, ciesząc się, że jeszcze do końca nie zwariowałam. W tym samym momencie zauwarzyła to profesorka.
-Panie Malfoy, proszę nie rozmawiać.
McGonagall podeszła do mojego stolika.
-Może nam pan pokaże jak poprawnie rzucić to zaklęcie?
Malfoy złapał różdżkę i wycelował w dłoń.
-Emerto –mruknął pod nosem, ale nic się nie stało. Zaśmiałam się z tego w duchu.
-Widzę, że nie potrafisz. Masz się tego nauczyć na kolejną lekcję, panie Malfoy –powiedziała nauczycielka głosem nie znoszącym sprzeciwu. –A i jeszcze jedno. Od dzisiaj panna Granger będzie  udzielała ci korepetycji z transmutacji.
Otworzyłam szeroko oczy. Dyskretnie uszczypnęłam się w ramię, mając nadzieję, że to sen, ale wciąż uparcie się nie budziłam. Zacisnęłam zęby i wlepiłam wzrok w blat. Do końca lekcji siedziałam cicho.
***
Zaczęła się lekcja transmutacji. Usiadłam obok Hermiony Granger i wyjąłem podręcznik i różdżkę. Położyłem je na stole i popatrzyłem na nauczycielkę.
-Dzisiaj zajmiemy się transmutacją ludzką. Teoria była już w szóstej klasie, więc sprawdzę co pamiętacie.
Wszyscy zaczęli się rozglądać po klasie. Odnosłem wrażenie, że chyba nikt oprócz Granger nie pamiętał materiału z poprzedniego roku.
-Jak brzmi pierwsza zasada Montekiego?
Ręka dziewczyny siedzącej obok mnie wystrzeliła w górę. Wszyscy tylko na nią popatrzyli. Na każdej lekcji to tak wyglądało.
-Tak panno Granger?
-Pierwsza zasada Montekiego mówi, że każdy przedmiot bądź zwierzę można przemienić tylko w coś o taki samo lub mniej złożonej budowie –wyrecytowała dziewczyna z pamięci. –Ta zasada jest błędna –dodała  po chwili. Uniosłem lekko brwi. Nie wiedziałem, że jakakolwiek teoria której się uczymy jest niepoprawna. Właśnie miałem zapytać po co nam ta wiedza, ale uprzedziła mnie nauczycielka.
-Dobrze. Pięć punktów dla Gryffindoru. Tak jak wspomniała panna Granger zasada ta została obalona. Jeden z najmądrzejszych czarodziejów czasów starożytnych, Dekracjusz, zamienił stół w krowę i tym samym zaprzeczył zasadzie ustanowionej przez Montekiego, bo według niego taki czyn był niemożliwy. Uczymy się tej zasady tylko dlatego, iż może się ona pojawić na OWUTEMach.
Wszyscy uczniowie popatrzyli się na siebie ponuro. Ja również. Nigdy nie uczyłem się teorii, to przecież się nie przydaje.
-Ale waszym zadaniem na tej lekcji jest zmiana własnej dłoni w szczypce raka. Nie jest to takie trudne, więc nie patrzcie tak na mnie. Do dzieła.
Niechętnie sięgnąłem po różdżkę i zacząłem ćwiczyć. Nie widziałem sensu w zmienianiu dłoni w to czerwone coś. Przecież to kompletna głupota. Po co komu szczypce zamiast ręki?
Ćwiczyłem zaklęcie co chwila ziewając.
-Proszę zobaczyć, pannie Granger się udało –odezwała się nauczycielka. Głowy wszystkich zebranych zwróciły się w jej stronę. –Brawo. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Spojrzałem na jej dłoń, a raczej coś co kiedyś dłonią było, bo teraz z ramienia Granger wyrastały czerwone szczypce. Odwróciłem głowę i prychnąłem bardzo, bardzo cicho. Kątem oka zauważyłem, że dziewczyna się uśmiecha do samej siebie.
-Pewnie jesteś z siebie bardzo zadowolona, co Granger? –szepnąłem do niej ze złością.
-A żebyś wiedział, że tak, Malfoy –odparła również cicho. –W porównaniu do ciebie umiem rozróżnić jeden koniec różdżki od drugiego.
-No tak, bo Panna –Wszystko –Wiedząca –Granger jest świadoma tego jaka jest mądra i cudowna –powiedziałem złośliwie. McGonagall chyba zauważyła, że coś mówię, bo szybko zareagowała.
-Panie Malfoy, proszę nie gadać –upomniała mnie. Natychmiast zamilkłem, a Gryfonka tylko prychnęła pogardliwie, jak to miała w zwyczaju i zajęła się pracą. Widać było, że chce perfekcyjnie rzucać to zaklęcie, bo zawzięcie ćwiczyła. Chyba potrafiła nie zwracać uwagi na otoczenie, bo mimo hałasu dobrze jej szło.
Nachyliłem się nad brązowowłosą i szepnąłem:
-Bo widzisz Granger –drgnęła słysząc nagle mój głos tuż obok swojego ucha. –Jesteś całkiem niezła jak na szlamę.
Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę. Widać było, ze jest w szoku, że udało mi się ją zaskoczyć tym zdaniem. Uśmiechnąłem się lekko, nie tak złośliwie jak zawsze, ale bradziej jak zwykły człowiek. Moją twarz dzielił zaledwie centymetr od twarzy Granger. Czułem na sobie jej oddech, który gwałtownie przyspieszył. Bawi mnie to jak działam na dziewczyny. Jednak Granger jest inna, zdołała się opanować, bo odwróciła szybko głowę. Wtedy znowu upomniała mnie McGonagall. Podeszła do naszego stołu i kazałami rzucić ćwiczone zaklęcie. Niechętnie wziąłem różdżkę i mruknąłem pod nosem:
-Emerto –powiedziałem, celując w dłoń, ale żadnych efektów widać nie było. Przekląłem cicho, mając nadzieję, że stojąca nade mną kobieta tego nie słyszy.
-Widzę, że nie potrafisz. Masz się tego nauczyć na kolejną lekcję, panie Malfoy –powiedziała nauczycielka głosem nie znoszącym sprzeciwu. –A i jeszcze jedno. Od dzisiaj panna Granger będzie  udzielała ci korepetycji z transmutacji.
Tym stwierdzeniem McGonagall sprawiła, że zamilkłem. Przez chwilę trawiłem usłyszaną informację zanim w pełni dotarł do mnie sens tych słów. Przekląłem po raz kolejny. Zerknąłem w bok. Granger miała szeroko otwarte oczy. Najwidoczniej nie potrafiła uwierzyć w to co słyszy. Nagle zauważyłem, że Fred Weasley patrzy się na mnie ze złością. Z jego miny wywnioskowałem, że obserwował mnie przez całą lekcję. Popatrzyłem na niego i uśmiechnąłem się złośliwie i z widoczną pogardą.
_____________________________

Rozdział trochę dłuższy nż zwykle, mam nadzieję, że was to cieszy. Zapraszam wszystkich do polubienia mojej stronki na facebooku. Znajdują się an niej informacje o moich pięciu blogach. Zaparaszam KLIK
Pozdrawiam wszystkich czytelników